Jestem złą matką!!!

blog

Tak, postanowiłam się ujawnić. Trudno, najwyżej mnie zamkną, albo zainteresuje się naszą rodziną opieka społeczna. Jak wiecie mam dwoje dzieci. Ale do prawdziwej matki Polki jest mi daleko, oj daleko… Kocham swoje dzieci, uwielbiam je, uwielbiam spędzać z nimi czas, bawić się, szaleć i w ogóle wszystko co jest z nimi związane. Ale może niekoniecznie 24h na dobę, 7 dni w tygodniu. Bo ja uwielbiam też siebie. Swój czas, swoje „zabawy”, czas i zabawy z mężem 😉 Zdarza mi się, za swoją postawę być, hmmm… jak by to ująć, karcona? Zdarzają się dziwne spojrzenia i komentarze. I wtedy to myślę jaką jestem ZŁĄ MATKĄ, a raczej co ONI muszą myśleć… Podzielę się z Wami tymi sytuacjami, tak dla oczyszczenia duszy swojej.

1. „Nie karmisz już”

Noż co za pytanie!!! To, że moje dziecko jest małe, drobne i niewiele waży, nie znaczy, że go nie karmię! Nie „chodzi” na powietrze przecież. Karmię, karmię, a że nie piersią, bywa. Obydwie córy karmiłam króciutko, bo tak wyszło. Miałam skoczyć z wieżowca z tego powodu?!? Chyba lepszym rozwiązaniem było zakupienie butli, mleka modyfikowanego i próba przedłużenia żywota dziecięcia przy pomocy sztucznego pokarmu. No ale łatka nr 1 została przypięta.

2. Nie gotuję mojemu maleństwu.

Noooo…masakra! Kiedy Polar osiągnął wiek wystarczający do pochłaniania jedzenia innego niż biały płyn, nie wpadłam w kuchenny szał. Uwaga będzie wyznanie! Moje dziecko je SŁOICZKI. Tak, ja zła i leniwa matka dopuściłam do tego, aby jadło ten „syf”. Nie tylko na wyjazdach, wycieczkach czy poza domem. Ona je to ZAWSZE. Jak widać nie umarła, ma się dobrze, wcina, aż się uszy trzęsą. Ale jak by tak postawić na szali te straszne słoiczki i posiłki przygotowywane z supermarketowych produktów (tych zieleniakowych pewnie też), to chyba wygrywają te pierwsze. Przynajmniej w mojej świadomości. Ale gdyby mieć tak dostęp do świeżych, eko produktów, to co innego… Ja nawet mam ze 3 książki z przepisami dla maluchów. I pewnie zacznę je stosować niedługo :) Misia też całe niemowlęctwo na słoiczkach przetrwała i ma się bardzo dobrze. Póki co gotuję obiady dla pozostałych głodomorów (z których Poli też często coś „skapnie” ), a i na to nie zawsze mam czas, więc zdarza się, że zasysamy co akurat jest pod ręką (całe szczęście, że Myszata je w przedszkolu – chociaż co do jakości tego pożywienia też mam pewne zastrzeżenia – ale o tym innym razem). Ale jeżeli gotuję, lub gotujemy, to zdrowo i zróżnicowanie – więc tu jestem ciut usprawiedliwiona. Dam sobie pół łatki złej matki.

3. Pracuję.

I to na kilku etatach. Poza „normalną” pracą na PWr (etat zawieszony z powodu urodzenia dziecka), mam teraz e-sklep (trzeba ogarniać zamówienia, nowości i w ogóle co się w branży dzieje) i bloga (wpisy, zdjęcia, szycie i takie tam). I wszystko to zabiera cenny czas, który powinnam poświęcać dziecku. A do tego wszystkiego, moje starsze dziecko oddałam w wieku 1,5 roku do obcych ludzi (żłobek – prywatny co prawda, ale jednak), żebym sobie mogła spokojnie wrócić do pracy, do zarabiania pieniędzy. I pewnie Polara czeka podobny los. Póki co na loterii nie wygrałam, z rodziców w tym wieku żyć nie wypada, więc zostaje mi samodzielne zarabianie na przysłowiowy chleb. Małżowa pensja niby by wystarczała, ale ja CHCĘ dokładać się do domowego budżetu. I dlatego mam w kolekcji kolejną łatkę złej matki.

4. Czasami mam ochotę odpocząć

Zwyczajnie, walnąć się na kanapie, z kawą lub książką w ręku, mieć wszystko w d…e, w spokoju obejrzeć jakieś wiadomości lub poszperać w Internetach. Bez plątających się małych ludzi, szarpiących za kabel, walących w klawiaturę, robiących wszystko, żeby mi wyrwać kubek i zagłuszającego telewizor jęczenia: „mamooo mogę bajkę”, „mamooo pobawimy się”. Codziennie po obiedzie jest czas mamy i taty na zregenerowanie sił i wtedy dosłownie wyrzucamy nasze dzieci do innego pokoju (albo chociaż na odległość kilku metrów od nas). Dziewczyny mają się zająć sobą wzajemnie i zintegrować – niestety nie zawsze ten wybieg się udaje, ale z siłą maniaka próbujemy :)

No i wieczory. Wieczory są dla nas. Dzieci o 20 śpią, a my wreszcie mamy czas, żeby popracować, pogadać, odpocząć. Nie wyobrażam sobie, że po całym dniu hycania z dzieckiem/dziećmi mielibyśmy jeszcze spędzać razem wieczory. O nie, co to, to nie!

W tym punkcie przyznaję sobie pół łatki złej matki, a to dlatego, że dzięki mojej niechęci do wieczorów spędzanych z dziećmi, są one wyspane i radosne następnego dnia, a co za tym idzie łatwiej nam przetrwać wspólnie kolejny dzień :)

5. Wyjeżdżam czasami bez dzieci

Aha, dokładnie. I nie mam wyrzutów sumienia (w końcu zostają pod świetną opieką dziadków) i świetnie się bawię na tych wyjazdach i nawet za bardzo nie tęsknię. OK, tu przesadziłam. Tęsknię i to bardzo. Zaraz, jak tylko zamkną się za nami drzwi zaczynam tęsknić. Ale i tak nie odmówię sobie tych przyjemności. Przynajmniej raz w roku wyjeżdżamy gdzieś bez dzieci. Czasami sami, czasami z przyjaciółmi. Wyjazdy są różnej długości: od weekendowych, przez 3 – 4 – dniowe, a najdłużej nie było nas tydzień. Na tych wyjazdach korzystają wszyscy: my, bo możemy odbudować nasze relacje małżeńskie ????, wyspać się i zregenerować siły, a kiedy wracamy to zawsze jest tak słodko ????: dzieci się tulają, chwilowo są grzeczne i posłuszne (poza tym dostają jakiś prezent – więc są super zadowolone).

Ale spokojnie, nie jestem taka zła do szpiku kości i nasze dzieci jeżdżą z nami na różne wycieczki i wyjazdy. Wtedy też jest fajnie, ale, hmmm… ciut bardziej męcząco :) Więc chyba mogę przykleić sobie pół łatki?…

6. Puszczają mi nerwy

Ja jestem cholerykiem. I to wiedzą wszyscy, którzy mnie znają. A nikt nie jest w stanie tak wyprowadzić człowieka z równowagi jak własne dziecko (i mąż, oczywiście). Zwłaszcza, jak to dziecko przechodzi któryś z kolei bunt-ileś-tam-latka. A jeśli ten mały człowiek jest dodatkowo miniaturką mamusi, to mamy mieszankę wybuchową. Niestety zdarza się, że puszczają mi nerwy i za daleko zabrnę w złości, w krzyku (oczywiście nigdy nie uderzyłam swoich dzieci) i już w trakcie awantury żałuję tego co się stało. Niby wiem, że to ja jestem dorosła (a jak zapominam, to Małż dobitnie stara się mi o tym przypomnieć), że powinnam umieć zapanować nad sobą, że to ona nie umie się odnaleźć w swojej złości, że powinnam jej w tym pomóc, ale to jest takie cholernie trudne… Jedyne co mam na swoją obronę, to to, że potrafię przyznać się przed nią do błędu, przeprosić, a nasze awantury zwykle kończą się tym, że siedzimy przytulone i obie ryczymy. Mimo to, nie odejmuję sobie pół łatki, więc tu przykleja się cała łatka złej matki.

Podsumowując stwierdzam, że nie jest tak źle. Na 6 punktów wyszło mi 4,5 łatki złej matki. To może będą jeszcze ze mnie ludzie :) A tak na prawdę jestem najlepszą matką dla swoich dzieci. Wiem to i wiem, że one też tak myślą. Widzę to jak okazują mi miłość. I mam nadzieję, że i one wiedzą, że są najlepszym co mogło mi się trafić!

A Wy dodacie jakąś łątkę?