dzieci

Nie lubię…

Nie lubię nie mieć czasu. Czasu dla siebie, na robienie tego co chcę i kiedy chcę.

Nie lubię pić w pośpiechu popołudniowej kawy, ze skaczącym potworkiem na kolanach.

Nie lubię nie móc wyjechać na romantyczny weekend z Małżem. Niby nie jest to niemożliwe, ale konieczne jest uruchomienie wcześniej całej siatki planująco – strategicznej. A ja wolę na spontanie…

Nie lubię na wakacjach nie móc poleżeć na plaży z książką i przysnąć kiedy mi przyjdzie ochota. A zamiast tego musieć co chwilę chlapać się i warownie na pół plaży budować.

Nie lubię sprzątać tego co już przed chwilą posprzątałam. I kiedy odwracam się, żeby posprzątać to co już było posprzątane i „się momentalnie zdążyło zabałaganić”, wtedy tamto wcześniejsze znowu w nieładzie…(nooo…wiecie o co mi chodzi…) I tak w koło Macieju!

Nie lubię śladów lepkich łapek na wszystkich możliwych powierzchniach.

Nie lubię jeździć śmieciarką. A tak zwykle wygląda mój samochód po wycieczce rodzinnej (mimo moich usilnych prób wprowadzenia zasad utrzymywania porządku).

Nie lubię mieć „oczu naokoło głowy” i być w ciągłej gotowości do ratowania życia i zdrowia małych autodestruktorów.

Nie lubię nie wysypiać się przez kilka kolejnych lat z rzędu.

Nie lubię przemocy w łóżku, kiedy jestem przez pół nocy okładana przez małe stópki i piąstki (które, o dziwo, mają nad wyraz dużo siły), a przez drugie pół spychana z łóżka.

Nie lubię ciągle słyszeć NIE i musieć wymyślać milion argumentów, żeby przekonać do swojej racji lub skłonić do zrobienia czegoś, na czym mi zależy.

Nie lubię czytać tej samej książeczki po raz milionowy (a jednocześnie nie mieć czasu/siły na czytanie swoich książek) i układać tych samych klocków/puzzli po raz 125.

Nie lubię słuchać jęczenia: z niewyspania, głodu, nudy. I kiedy mała Męczybuła zawsze swoje jęki poprzedza zwrotem: „ale mamoooo….”

Nie lubię jak błahy problem (nie wiem, dajmy na to: obiad na talerzu z Kubusiem Puchatkiem, zamiast z jeżykiem) urasta do takiej rangi, że kończy prawie wojną atomową.

Nie lubię tych wszystkich buntów, począwszy od dwulatka, skończywszy pewnie… dopiero jak wyprowadzi się z domu.

Nie lubię musieć w restauracji uciszać, zwracać uwagę i nagabywać ciągle żeby jadło. Czuję jak mi wtedy „wrzody rosną”.

Nie lubię mieć domu urządzonego przez architekta do lat sześciu.

Nie lubię chodzić do toalety w towarzystwie.

Nie lubię mieć codziennie jednej myśli na koniec dnia: „one mnie wykończą…”

Nie lubię babrania się w gilach, kupach, wymiocinach.

Pewnie znalazłabym jeszcze pierdyliard rzeczy, których nie lubię. Czy to oznacza, że nie lubię swoich dzieci? Że nie chciałabym ich mieć? Wręcz przeciwnie. Kocham je, a one są najlepszym co mi się w życiu udało!

nie lubie...4
nie lubie...3

nie lubie...2

nie lubie...1

nie lubie...

35480-O06F09

Matko Polko nie rób z siebie męczennicy!!

Jesteś matką. A cały świat, z Tobą na czele, uważa, że masz być Tylko matką. Matką karmiącą, czuwającą, opiekującą się. Do tego nikt Cię nie zwalnia z funkcji żony, kucharki, sprzątaczki, a po jakimś czasie, kiedy wracasz do pracy, z roli pracownika miesiąca. Masz być SUPERBABĄ! Multifunkcyjną SUPERBABĄ.

Jak wygląda Twój dzień? Zrywasz się rano, po niezbyt dobrze przespanej nocy, bo akurat zęby, brzuszek, gorączka, katarek, czy po prostu trzeba było 27 razy poprawić dziecięciu kołderkę… Pędzisz najpierw do łazienki, żeby się jakoś ogarnąć (nie jest to łatwe zważywszy na rozwichrzone włosięta i podkrążone oczy). Kiedy wyglądasz już na tyle „dobrze”, że stwierdzasz, że ludzi straszyć nie będziesz, budzisz dzieci i szykujecie się (jest to proces długi i rozlazły – złe skarpetki, rajstopki, nie te spodnie, albo bluzka, mycie zębów trwa 15 min.). Szybkie śniadanie i już jesteście przy drzwiach gotowi do wyjścia. Ale gdzie są dzieci? No tak: w samym środku układania puzzli (których, notabene, nie ruszały przez ostatnie pół roku – ale akurat teraz sobie uświadomiły, że to ich ulubione). Więc mała awantura i wreszcie udaje się wyjść. Wskakujecie do auta, jedziecie i…korek. Stoicie i tracicie cenne minuty, a dzieci jęczą, ze nuda. Alternatywnie wsiadacie do tramwaju/autobusu, miejsc oczywiście brak, Ty z wózkiem więc wszyscy patrzą jakby chcieli Cię zabić, ścisk jak w puszce sardynek, a dzieci jęczą, że tłok. Ewentualnie w obu przypadkach mogą się kłócić. W każdym razie, zanim dzień na dobre się zaczął, Ty już masz dość (w tym czasie Twój małżonek wstaje dopiero jak wyjdziecie, wypija kawę i spokojnie udaje się do pracy). Docieracie jakoś do żłobka/przedszkola/szkoły, odstawiasz dzieci i pędzisz do pracy. Tam cały dzień myślisz co masz jeszcze do zrobienia popołudniu (zakupy, obiad, ogarnięcie chałupy, odrabianie lekcji), jednocześnie tłumiąc w sobie wyrzuty sumienia pojawiające się w związku z sytuacją, że wróciłaś do pracy i tak mało czasu spędzasz z dziećmi. Wreszcie wybija 16, zamykasz komputer i biegniesz po nie, jedziecie do domu (korki/ścisk, dzieci jęczą/kłócą się), obowiązkowa wizyta w Biedrze osiedlowej i wreszcie objuczona siatami i dziećmi wchodzisz do domu. Tam czeka na Ciebie mąż z pytaniem: co dziś na obiad? Kiedy podajesz obiad, wszyscy kręcą nosem, bo każdy zjadłby coś innego. Potem jeszcze tylko musisz doprowadzić kuchnię do stanu używalności, opróżnić zmywarkę, załadować od nowa, wyjąć pranie, wstawić nowe, odrobić z dziećmi lekcje, przygotować kolację, wykąpać maluchy, utulić do snu. Wreszcie przed Tobą błogi wieczór z „M jak miłość” i… 3 koszami prasowania (z czym schodzi Ci do północy –  mąż o 23 położył się spać, bo „jutro czeka go Ciężki dzień). I tak dzień po dniu… Latem jedziecie na wakacje, na których nie odpoczywasz, bo zajmujesz się dziećmi – mąż nadrabia zaległości książkowe. Poza tym sami nie wyjeżdżacie nigdzie, bo drogo i w ogóle po co… Przecież macie dzieci i możecie wyjeżdżać tylko z nimi!

Wiem, wiem myślicie sobie: pogięło ją?!? przecież w dzisiejszych czasach nikt tak nie żyje, są związki oparte na partnerstwie, jest równouprawnienie, podział obowiązków. Ja znam przynajmniej jedną rodzinkę, która żyje w podobny sposób. I myślę, że w każdym domu znajdzie się chociaż jeden element z mojej historyjki. Więc Matko Polko nie rób z siebie męczennicy!!! Odpuść czasami, przerzuć część obowiązków na innych domowników, ustalcie zasady. I przede wszystkim odpocznij! Wolno Ci! Podrzuć czasami dzieciaki do babci, cioci, koleżanki, wyjdź gdzieś z mężem (lub sama). Na wakacje zabierz dziadków lub wyjedź większą grupą znajomych z dziećmi (każdy będzie miał czas odpocząć, a dzieci będą miały wystarczającą ilość osób do zapewnienia ciągłej rozrywki, a jak jest więcej dzieci to zajmują się same sobą). Pozwól dziadkom, ciociom zabrać swoje dzieci na weekend, noc, wakacje. Wyjedź gdzieś tylko z mężem (choćby na 2 dni) i napawaj się tą „wolnością” bez wyrzutów sumienia.

www.freepik.com/free-vector/super-woman-multitasking-illustration_832526.htm

5 lat minęło jak błyskawica…

… jak z bicza strzelił, rach – ciach, szast – prast, w oka mgnieniu… Ogólnie to szybko, bardzo szybko. Dopiero co się urodziła, dopiero co zaczynała chodzić, biegać. Dopiero co musiałam jej we wszystkim pomagać, tłumaczyć, uczyć. A teraz to już mała pannica :) Mała, 5 – letnia dama. Wszystko wie najlepiej, zawsze musi mieć ostatnie zdanie, świetnie sobie radzi. Nie zginie w tłumie, na pewno nie. I jak tak teraz patrzę na nią i oglądam te zdjęcia, to nie wierzę, że to było jednocześnie tak dawno i tak niedawno. I jakoś tak smutno mi, że ten czas tak gna do przodu. Nim się obejrzymy Polasiek wyrośnie jak starsza siostra, dziewczyny pójdą do szkoły, na studia, wyprowadzą się. Musimy bardziej czerpać z chwili obecnej! Nie rozpamiętywać, nie wypatrywać dnia następnego. Tu i teraz!

Generalnie to zryczałam się jak bóbr! 5 lat życia zmieszczone na stu kilku zdjęciach…

Bransoletka bezpieczeństwa

Szykując się na urlop, w ferworze walki z bagażami, ostatnią rzeczą o jakiej myślimy jest to, czy wszystko będzie ok, czy cali wrócimy i nie będzie kłopotów. Bo i po co czarnowróżyć przed wyczekanymi wakacjami! Słońce, plaża, słodkie nieróbstwo (możliwe w ogóle z dziećmi?). Chyba, że wolicie bardziej aktywne spędzanie czasu – wtedy mamy: tłok wielkich miast, gorąc, zabytki (ale też fajnie!). W centrum tego całego odpoczynko – zwiedzania są masze dzieciaki.
Podekscytowane, uradowane, pełne sił i energii by odkrywać nowe, w swoim małym wakacyjnym szaleństwie zapominają to, czego uczymy je przez cały rok: „pilnuj się rodziców”, „nie uciekaj”, „mów jak odchodzisz, żebyśmy wiedzieli gdzie jesteś”, etc., a i my bardziej wyluzowani dajemy im więcej swobody. Ale, ale.. Zanim pojedziemy na urlop i zanim zdążymy się całkowicie wyluzować, „dmuchnijmy na zimno” i zabezpieczmy nasze dziecię na wszelki wypadek.

Jeśli mamy chodzące, wyjątkowo ruchliwe dziecko (lub więcej niż jedno wyjątkowo ruchliwe df-skip-hop-plecak-ze-smycza-sowaziecko) możemy założyć mu smycz (tak, SMYCZ) 😉 Hmmm…czy to dobry pomysł? Sama nie wiem, w końcu dziecko to nie pies. Mimo, że Misia była, i nadal jest, ruchliwa (wstaje, żeby usiąść, siada, żeby wstać) nie musiałam nigdy uciekać się do takich metod. Może dlatego, że ona zawsze bardzo pilnował się na spacerach i nigdy nie oddalała sama. Jednak patrząc na 8 – miesięczną Polę zastanawiam się, czy już się w taki gadżet nie zaopatrzyć. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. W razie czego mam na uwadze bardziej „cywilizowaną” wersję smyczy, czyli plecak firmy Skip – Hop (bardzo lubimy ich produkty) z wbudowaną smyczą :)

A tymczasem coś dla dzieciaczków, które nie wymagają tak drastycznych metod :) Robiąc ostatnio zakupy w Rossmanie natrafiłam na bardzo fajny gadżet. Jest to opaska na rękę z miejscem gdzie możemy napisać imię dziecka i nr telefonu do rodzica. Oczywiście zakupiłam kilka sztuk tego cudeńka i Miska będzie dostawała taką „biżuterię” za każdym razem kiedy będziemy odwiedzać zatłoczone miejsca. Opaska jest wielorazowego użytku, dość mocna, odporna na wodę (nie rozpuści się po kąpieli w morzu), a przede wszystkim ładna i kolorowa. Polecam Wam, jeśli macie na uwadze bezpieczeństwo swoich dzieci.

opaska bezpieczeństwa

Rodzicem być – tylko kiedy?

Internet wrze po ostatniej kampanii Fundacji Mamy i Taty pt. „Nie odkładaj macierzyństwa na potem!”. Filmik, który promuje tą kampanię w skrócie wygląda tak: dobrze ubrana Pani w wieku około 35+ rozgląda się po swoim pięknym, świetnie urządzonym apartamencie (pewnie jakiś architekt maczał w tym palce). Jest bardzo szczęśliwa – chyba podoba jej się to co widzi. Wygląda do ogrodu i…mina jej rzednie. Ogród jest pusty, nikt w nim nie biega.
Dodatkowo kampania „zaopatrzona”  w stosowny billboard:

poziom-300x150

Na potrzeby kampanii przeprowadzono również badania na pewnej „próbce” Polaków. Wnioski są takie, że decyzje o macierzyństwie zapadają dziś coraz później. Statystyczna Polka rodzi pierwsze dziecko w wieku przeszło 27 lat (o! wpisałam się równo w statystykę 😉 ). A kiedy ma rodzić, jak wcześniej studiuje a potem szuka pracy?!? Czy jest w tym coś złego, że chce osiągnąć jaką – taką stabilizację finansową, żeby mieć co do garnka włożyć i za co kupić pieluchy?!? Nie te czasy kiedy to dzieci leżały na słomianych matach i były podcierane kawałkiem prześcieradła, na którym to leżały, a które następnie było podwijane i czekało na dalsze użycie (takie mrożące krew w żyłach historie parentingowe opowiadała mi moja babcia).

A i partnera właściwego czasem brak. Czasem pojawia się późno, to i macierzyństwo jest późne. Ale co to w ogóle znaczy „późne macierzyństwo”? Czy kobieta, która ma 35 lat jest stara? Czy jej ciało jest już stare i nie podoła zadaniu, jakim jest noszenie i karmienie dziecka przez 9 miesięcy? Nie wydaje mi się! Ludzie żyją coraz dłużej, więc wszystkie granice w naszym życiu przesuwają się. Jasne, że im jesteśmy starsi tym mamy mniej siły i wytrzymałości. Ale bez przesady. Moja przyjaciółka w zeszłym roku skończyła 37 lat i urodziła zdrowe, śliczne dzieciątko (co prawda nie pierwsze tylko trzecie, ale też się liczy) Nie widzę po niej, żeby była jakoś szalenie zmęczona, czy chociażby bardziej niż ja. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że synuś dodał jej wigoru i „odmłodniała”. Oczywiście po przekroczeniu pewnego wieku należało by się zastanowić nad celowością rodzenia dzieci (zwłaszcza jeśli chodzi o świadome podejmowanie tej decyzji – kwestia tzw. „wpadki” nie podlega w ogóle ocenie). Ale nie ze względu na siebie, tylko właśnie na to maleństwo, które ma przyjść na świat. Trzeba się zastanowić, czy podejmując decyzję o bardzo późnym macierzyństwie (hmmm.. powiedzmy po przekroczeniu 40-stki – zwłaszcza jeśli jest to pierwsze dziecko) nie obarczamy tego dziecka zbyt dużym „ciężarem” na przyszłość. Bo kiedy ono wejdzie w dorosłe życie i będzie miało pod opieką swoje dzieci (często jeszcze małe) może być zmuszone do opieki również nad rodzicami. No i wnuki mogą nie mieć szansy na poznanie dziadków. Dodatkowo dochodzi kwestia ryzyka wad wrodzonych jakimi obarczone są późne ciąże.

Posiadanie dzieci, nie ma co ukrywać, ogranicza pewne możliwości i przyjemności. Nie można wyskoczyć sobie z mężem na spontaniczną randkę, pojechać na romantyczny wyjazd kiedy i gdzie się chce. Wszystko musi być zaplanowane, a wycieczki i wakacje ustawione pod dzieci, żeby się nie nudziły. Kiedy stajemy się rodzicami nasz świat zmienia się o 180 stopni, staje na głowie, przestajemy myśleć „mogę”, a nasze życie zaczyna determinować „muszę”. Ale czy mimo wszystko warto? Moim zdaniem jak najbardziej! Moje córki są obie zaplanowane, wyczekane, kochane. Pierwsza pojawiła się 3 lata po ślubie, więc mieliśmy z Małżem czas żeby „pożyć”. Pewnie gdybyśmy nie mieli dzieci, to nasze konto byłoby pełniejsze (bo dzieci to skarbonka bez dna), zwiedzilibyśmy kilka ciekawych miejsc, o których marzymy (jeszcze nic straconego), moglibyśmy włóczyć się wieczorami po fajnych knajpkach, hipsterskich eventach, randkować i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy. A tymczasem znowu nie przesypiamy całych nocy, kino lub randkę zaliczamy tylko jak przyjeżdżają do nas rodzice i cierpimy na chroniczny brak czasu. Nie wspominając już o egoistycznej potrzebie usiądnięcia z kubkiem kawy i mienia wszystkiego w dupie (przy dzieciach to raczej niemożliwe). Na szczęście na horyzoncie majaczy nam perspektywa powrotu tych przyziemnych przyjemności, bo z biegiem czasu życie wraca do normy. Ale z drugiej strony dostaliśmy bezkresne morze bezinteresownej miłości, która rekompensuje wszystkie „straty”, a żadnej chwili spędzonej z moimi dziećmi nie zamieniłabym na możliwość bycia „wolną”. Dzieci ograniczają swobodę, ale nie wykluczają korzystania z życia.

A co z osobami, które nie chcą mieć dzieci w ogóle, nie czują tego instynktu? Czy powinny na siłę decydować się na posiadanie dzieci tylko dlatego, że powszechnie obowiązuje kanon idealnej rodziny 2+2 (najlepiej gdyby była to parka, wtedy rzekomo jest pełnia szczęścia)? Na dwoje babka wróżyła: instynkt może się pojawić wraz z pierwszym przytuleniem małego człowieka, albo może się nie pojawić w ogóle. I wtedy będziemy mieć nieszczęśliwą mamę i, co najgorsze, nieszczęśliwe dziecko. Może też być taka sytuacja, że instynkt się pojawi, ale bardzo późno i może to być za późno…Decyzja jest bardzo trudna i każdy musi zmierzyć się z tym problemem sam, tzn. z Małżem lub partnerem i nic nam do tego!

 

„Bo fantazja, fantazja…

… bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego”. Pamiętacie pewnie z dzieciństwa piosenkę Fasolek. Ale dziś nie o piosenkach dla dzieci, ale o tytułowej fantazji, wyobraźni i o tym jak ją rozwijać u dzieci.

Maluchy mają nieograniczoną fantazję, w ich małych główkach roją się niestworzone obrazy i historie. To plac zabaw zmienia się w piracki okręt, a w piaskownicy zakopany jest prawdziwy skarb i  „mamooo… on jest na prawdę złoty, ale nie powiemy Wam co to, bo to tajemnica”. To znowu coś czai się i czyha w zakamarkach pokoju (u nas pod łóżkiem kryły się różne strachy i Miśka sama znalazła na to taki sposób: wrzuca pod łóżko maskotkę przyjaznego potwora Jamesa Sullivana, zwanego Sulleyem i on ma za zadanie strzec ją przed innymi złymi – dzięki temu już się nie boi). Jeżeli nie będziemy stymulować (ale nie prądem, nie) naszych dzieci i pobudzać ich wyobraźni, to ta naturalna zdolność zacznie zanikać, a wynikiem tego jest brak kreatywności.

Co to w ogóle jest wyobraźnia? Jest to zdolność do przywoływania i tworzenia w myślach wyobrażeń. Jest to zdolność do wyobrażania sobie czegoś, do przewidywania, odtwarzania. Często wyobraźnię utożsamia się ze skłonnością do fantazjowania i z imaginacją. Ogólnie rzecz biorąc wyobraźnia to proces odpowiedzialny za powstawanie wyobrażeń. Wyobrażenia natomiast są to obrazy przedmiotów, scen czy zjawisk pojawiające się pod ich nieobecność lub obrazy przedmiotów, scen czy zjawisk nieistniejących w rzeczywistości.

Psychologowie są zgodni, że wyobraźnia ma ogromne znaczenie w procesie uczenia się i kształtowania inteligencji dziecka. Wyobrażenia to domena prawej półkuli mózgu, za słowa, logiczne myślenie, cyfry odpowiada natomiast lewa półkula mózgu. Synchronizacja obu półkul umożliwia sprawniejsze przyswajanie danych. Większość metod szybkiego uczenia się i zapamiętywania bazuje właśnie na wyobraźni. Poza tym wybujała wyobraźnia niesamowicie rozwija kreatywność, a także świetnie wpływa na rozwój mowy i słownictwa.

Skoro wyobraźnia jest taka ważna, nie tylko w czasie zabawy, ale również procesie nauki i zapamiętywania, to warto wspomóc nasze maluchy w jej rozwijaniu. Kilka sposobów jak podtrzymać i rozwinąć niesamowitą pomysłowość i wyobraźnię u dzieciaków:

1. czytanie książek – zaczynamy jak najwcześniej i czytamy kiedy tylko się da, a już obowiązkowo wieczorem, przed snem. Bajki, baśnie wierszyki – cokolwiek. Nic tak nie pobudza wyobraźni jak podróż do świata czytanej bajki, kiedy trzeba wymyślić jak wyglądają bohaterowie i ich świat. Pozwólmy dzieciom, jeśli maja na to ochotę, dopowiadać alternatywne przygody bajkowych postaci. My zaczęliśmy czytać Misi jak była bardzo mała, do snu. Jedną z pierwszych książek, która została jej przeczytana, był „Pan Tadeusz” (nie nie znęcamy się nad dziećmi, po prostu tatuś chciał sobie przypomnieć nasze narodowe dzieło, a ona była na tyle malutka, że było jej obojętne czego słucha). Z biegiem czasu dorobiliśmy się ulubionych książek, które były czytane po kilka razy (taka chyba przypadłość dzieci) i, w zasadzie, nauczone na pamięć. Jeśli zdarzyło nam się pomylić to Michaśka zawsze poprawiała nas z wielkim wyrzutem.

2. słuchanie audiobooków – w zasadzie posiada wszystkie cechy czytania książek, ale bez naszego zaangażowania. To świetny sposób na zajęcie dziecka w samochodzie. Nasze radio zostało „przejęte” przez Miśkowe audiobooki. I tak jak w przypadku książek, po skończeniu danej bajki zaczynamy ja od początku (w zależności od tego co mamy w danym momencie „na tapecie”). Często audiobooki pokrywają się z książkami, które akurat czytamy. Mogę polecić Wam kilka świetnych książek do słuchania: przede wszystkim „Kubuś Puchatek” i „Chatka Puchatka” i cudownym głosem Pana Janusza Gajosa (Kłapouchy w jego wykonaniu to mistrzostwo świata) oraz Pani Jungowska ze swoją interpretacją „Dzieci z Bullerbyn”, „Pipi Pończoszanki” i „Korlsona z dachu”. Po drodze były jeszcze jakieś wierszyki, i inne bajeczki, ale jakoś nie zdobyły serca Misi. Te audiobooki sa na prawdę fajnie przygotowane, tak, że nawet nam nie przeszkadza słuchanie ich na okrągło, a i porozmawiać możemy spokojnie.

3. opowiadanie bajek – podobnie do książek, w niezwykły sposób rozwijają wyobraźnię dziecka. Opowiadając je można dowolnie kreować losy bohaterów, np. wplatać wydarzenia z życia dziecka, z którymi sobie nie radzi. Pozwalajmy również dzieciom czynnie uczestniczyć w opowiadaniu tych historii. W naszym domu mistrzem opowiadania bajek jest Małż. Ma niesamowitą łatwość wymyślania i tworzenia, a jego konikiem są „ryceżowie”. Opowiadaniu bajek zawsze towarzyszy mnóstwo śmiechu.

4. tworzenie „dzieł artystycznych” – rysowanie, malowanie, wyklejanie, itp. Myszata bardzo lubi różnego rodzaju prace plastyczne i często wygląda to tak, ze ja jej coś rysuję a ona to wykańcza.

5. zabawa w teatr i odgrywanie ról – dzięki temu można odgrywać wymyślone historie lub historie życiowe. Teatrzyk może być z „żywymi” aktorami, pacynkami, albo może być teatrem cieni (wcześniej można wspólnie przygotować rekwizyty i postaci)

6. okoliczności przyrody – patrzcie razem na chmury i opowiadajcie co widzicie. To świetna zabawa dla całej rodziny, każdy widzi coś innego, zwykle coś, co dla niego akurat jest ważne (podświadomość?).

Jest jeszcze wiele innych kreatywnych zabaw dla dzieci, które pobudzają rozwój wyobraźni. Najważniejsze, żeby Wam również sprawiał to przyjemność. Jeśli lubicie szaloną, dziką zabawę nie ograniczajcie się (Małż i Miśka biegający po domu w czapkach pirackich z mieczami zrobionymi z tektury – radość dziecia bezcenna). Pamiętajcie, ze komputer i telewizor nie sprzyjają rozwojowi wyobraźni, a czas poświęcony na zabawę z dzieckiem nigdy nie jest czasem straconym.

Łapacz Słońca

Każdy wie co to łapacz snów, jak wygląda i jakie jest jego przeznaczenie. Ale czy ktoś widział łapacza Słońca? Zrobiony z kryształków, zawieszony w oknie pięknie wyłapuje promienie i daje ciekawy efekt. Podobno, bo na ten efekt musimy trochę poczekać :)

Na jednej ze stron internetowych znalazłam instrukcję wykonania tego cudeńka i korzystając z chwili, kiedy moje dziecko nie może hasać po dworze (bo pogoda nie dopisuje), postanowiłam zaangażować ją w ten „prodżekt’.

I tak potrzebne nam będą:

  • plastikowe wieczko od serka, kawy, itp. (my użyłyśmy wieczka od Polinego Mleka, bo tego u nas ostatnio dostatek)
  • klej nietoksyczny, taki który po wyschnięciu jest przezroczysty i elastyczny (polecam klej MAGIC)
  • szklane lub plastikowe kryształki – kolorowe
  • kawałek sznurka do zawieszenia gotowego łapacza

Ale uwaga! Zabawa dla brudasków i wiąże się z możliwością pewnych strat. Dobrze zabezpieczcie „plac budowy”.

kryształki
Misia układa kryształki

Misia ciapie klejem

Pewnie po obejrzeniu galerii domyślacie się już jak wykonać taki Łapacz. Ale po kolei: układamy na plastikowym wieczku kryształki, ciapiemy dokładnie klejem (miejsce przy miejscu, między kryształkami). No i teraz najgorsze: musimy uzbroić się w cierpliwość. Taki Łapacz schnie ok tygodnia – dwóch. Będziemy wiedzieć, ze jest prawie gotowy jak klej zrobi się przezroczysty. Wtedy wyciągamy nasz Łapacz z plastikowej formy, odwracamy i…zostawiamy na kolejnych kilka dni. Jak druga strona zrobi się całkowicie przezroczysta Łapacz jest gotowy. Wystarczy teraz przewlec kawałek sznurka lub wstążki, powiesić w miejscu gdzie mamy dużo Słońca i gotowe.

Jaki efekt pokażę Wam za kilka dni jak nasze Łapacze doschną. A tymczasem czekamy… czekamy…

 

Rzecz o „zarazie” i czaso braku

Mamy czasy jakie mamy… Ciągle gdzieś pędzimy, czas nas goni. Ciągle w biegu, pospieszamy siebie, dzieci. Pędzimy z pracy po dziecko do przedszkola/szkoły, na zakupy, do urzędu, do lekarza. Jeszcze te zajęcia dodatkowe, na które też trzeba zdążyć. Na końcu pędzimy do domu ,bo już późno. A tam…mamy tyle rzeczy do zrobienia: ugotować obiad, posprzątać, uprasować. Zawsze jest coś…zawsze brakuje nam czasu.
A w samym centrum tego całego pędu są jeszcze dzieciory. I one nie ułatwiają nam wcale sprawy. Co się dzieje gdy wreszcie wrócimy do domu po maratonie załatwiania spraw przeróżnych? Albo kiedy mamy dzień wolny i zostajemy w domu i mamy czas spokojnie wszystko w domu ogarnąć: posprzątać, poprać, i nawet odpocząć przy kawce i gazetce lub facebook’u ;)? Ano właśnie, te dzieci nasze ukochane wołają: mamo/tato chodź się pobawić, chodź na spacer, itp. I w tym momencie często nasze relacje są zżerane przez paskudną „zarazę”. Bo co zwykle dzieć słyszy w takich chwilach? Oczywiście: ZARAZ (alternatywna wersja: za chwilę): zaraz się tobą pobawię tylko sprzątnę, zaraz pójdziemy tylko wstawię pranie, zaraz, zaraz, zaraz…. A po jednej rzeczy do zrobienia mamy następną, bo przecież trzeba to zrobić, a życie nie polega tylko na zabawie. A dziecko czeka, czeka, czeka…

Dzieci chcą się bawić i spędzać z nami czas, potrzebują tego. Niestety życie w XXI wieku, zwłaszcza w dużych miastach sprawia, że jesteśmy zabiegani, zmęczeni i ciągle brakuje nam wolnej chwili. Problemem jest również system pracy i to, że często stawiamy ją pierwszym miejscu, bo przecież musimy zarabiać na życie i przyjemności (a jakże, nie da się powietrzem żyć). W pracy spędzamy mnóstwo czasu, bierzemy nadgodziny, pracujemy w dni wolne. Wszystko po to, aby nasze dzieci miały to, czego zapragną. A one pragną nas, naszego czasu i uwagi. Przerażające jest to ile czasu dzieci spędzają z „obcymi ludźmi” (nianią czy w przedszkolu), zamiast z rodzicami. To rodzice stają się obcy dla swoich dzieci. Bo co rodzice mogą wiedzieć o swoich dzieciach jeśli zostawiają je w przedszkolu o 6:30 a odbierają o 17:30 (a w domu jest jeszcze tyle do zrobienia, że na wszystko brakuje czasu)?

Fakt, przyznaję się bez bicia, że i naszą rodzinę, wcale nie tak rzadko, zżera „zaraza”, bo też musimy ogarnąć chałupę, zrobić zakupy, coś zjeść. I Myszata się strasznie wkurza, jak słyszy zaraz albo za chwilę, a często musi bawić się sama. Ostatnio, kiedy Małż (o zgrozo!) zabrał się za kolejne koszenie trawnika, stwierdziła, że wiosną i latem tata nic nie robi tylko z kosiarką chodzi. I dlatego jej plan jest taki, żeby tatusiowi zorganizować kosiarę, która sama kosi, albo chociaż mini traktorek :) Jednak staramy się tak organizować, żeby codziennie któreś z nas (jeżeli nie możemy razem) mogło poświęcić jej czas. Albo chociaż tak organizujemy prace konieczne, żeby ją zaangażować i żeby nie czuła, że mamusia i tatuś znowu MUSZĄ coś zrobić i nie mogą się pobawić. i tak np. ostatnio współpracowałyśmy przy plewieniu chwastów (wiem, mało interesujące, ale wyszła nam całkiem zacna zabawa): ja rwałam chwasta a Misiek wywoził na mini taczce. Natomiast z tatą zawsze jest świetna zabawa przy kopaniu, bo można mnóstwo dżdżownic powyciągać, pogadać z nimi i znaleźć im nowy domek (ble…paskudne robale, ale nie dla mojego dziecka – jej dewiza to: robal mój kumpel).

Niby jesteśmy bardziej świadomymi rodzicami. Niby więcej wiemy, że trzeba okazywać czułość, zainteresowanie. Niby ciągle się rozwijamy. Ale naszą bolączką jest czas, a dokładnie jego brak. Nasze dzieci są samotne, często muszą same radzić sobie ze swoimi problemami. Zabiegani rodzice zadowalają się zdawkową odpowiedzią „OK” na, w sumie równie zdawkowe pytanie: co w szkole/przedszkolu. I tak powoli więź, która była bardzo silna gdy dzieci były małe, z nieubłaganym biegiem czasu coraz bardziej się osłabia. To teraz gdy dziecko jest małe mamy czas, żeby budować więź, by zapracować na to, że gdy mały człowiek przestanie być już mały, to będzie nie tylko naszym dzieckiem, ale stanie nie naszym przyjacielem. To nie jest proste zadanie, ale jeśli się uda to nasze nastoletnie (czy później dorosłe) dziecko nie będzie chciało za wszelką cenę wymiksować się z domu, ale przeciwnie – chętnie będzie zapraszać do domu przyjaciół, będzie spędzać z nami czas. Na szczęście dzieci kochają bezwarunkowo i są w stanie wybaczyć praktycznie wszystko. Ale do czasu… W pewnym momencie może okazać się, że przekroczyliśmy cienką granicę czasu, czasu, który straciliśmy i, że ten (jeszcze nie tak dawno) mały człowieczek jest już dużym człowiekiem, którego kompletnie nie znamy, który ma swoje sprawy i dla którego jesteśmy po prostu rodzicami, nikim więcej. I wtedy będzie już za późno…

A może by tak zwolnić, odpuścić sobie to sprzątanie, zrezygnować z nadgodzin w pracy. Przecież nic się nie stanie jak gary poleżą do jutra w zlewie (przynajmniej zmywarka sobie odpocznie), jak trochę paprochów powala się jeszcze po podłodze, jak w pralnie urośnie kolejna mała górka prania, jak ta cholerna trawa jeszcze z centymetr urośnie i jak zarobimy ciut mniej. Jedźmy na wycieczkę, do parku, chodźmy na spacer, porzucać frisbee, poszukać jaszczurek, albo po prostu powygłupiać się. Powoli, bez pośpiechu spędźmy ze sobą czas. Przestańmy odsuwać dziecięcą potrzebę bliskości na ZARAZ. Radość w małych oczkach, uśmiech na buźce i ten dziecięcy chichot są bezcenne i żadne bogactwa świata nie zastąpią nam tego.

DSC_0266

Świetną metodą na poznanie swojego dziecka i zbudowanie więzi są wieczorne pogaduchy. W związku z tym, że to ja oporządzam codziennie wieczorem Misię (małą Polą zajmuje się tatuś) to wypracowałyśmy sobie taki rytuał: w łóżku, po przeczytaniu bajki zawsze mamy czas na rozmowę: o tym co działo się w ciągu dnia, co nas rozweseliło, co zasmuciło. I muszę powiedzieć, że moja córa uwielbia te rozmowy, sama się ich domaga („mamusiu jeszcze nie porozmawiałyśmy, musimy porozmawiać”). I nawet jeśli wiem, że jest już późno i, że goni nas czas i ona powinna już spać, bo rano będzie nieprzytomna, nigdy nie odmawiam jej tych rozmów. Bardzo dużo dowiaduję się o swoim dziecku (tylko trzeba odpowiednio pytać – nie ogólnikowo tylko konkret), a ona o mnie. Wszystkim mającym dzieci polecam wieczorne pogawędki.

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Pinterest