„Bo fantazja, fantazja…

… bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego”. Pamiętacie pewnie z dzieciństwa piosenkę Fasolek. Ale dziś nie o piosenkach dla dzieci, ale o tytułowej fantazji, wyobraźni i o tym jak ją rozwijać u dzieci.

Maluchy mają nieograniczoną fantazję, w ich małych główkach roją się niestworzone obrazy i historie. To plac zabaw zmienia się w piracki okręt, a w piaskownicy zakopany jest prawdziwy skarb i  „mamooo… on jest na prawdę złoty, ale nie powiemy Wam co to, bo to tajemnica”. To znowu coś czai się i czyha w zakamarkach pokoju (u nas pod łóżkiem kryły się różne strachy i Miśka sama znalazła na to taki sposób: wrzuca pod łóżko maskotkę przyjaznego potwora Jamesa Sullivana, zwanego Sulleyem i on ma za zadanie strzec ją przed innymi złymi – dzięki temu już się nie boi). Jeżeli nie będziemy stymulować (ale nie prądem, nie) naszych dzieci i pobudzać ich wyobraźni, to ta naturalna zdolność zacznie zanikać, a wynikiem tego jest brak kreatywności.

Co to w ogóle jest wyobraźnia? Jest to zdolność do przywoływania i tworzenia w myślach wyobrażeń. Jest to zdolność do wyobrażania sobie czegoś, do przewidywania, odtwarzania. Często wyobraźnię utożsamia się ze skłonnością do fantazjowania i z imaginacją. Ogólnie rzecz biorąc wyobraźnia to proces odpowiedzialny za powstawanie wyobrażeń. Wyobrażenia natomiast są to obrazy przedmiotów, scen czy zjawisk pojawiające się pod ich nieobecność lub obrazy przedmiotów, scen czy zjawisk nieistniejących w rzeczywistości.

Psychologowie są zgodni, że wyobraźnia ma ogromne znaczenie w procesie uczenia się i kształtowania inteligencji dziecka. Wyobrażenia to domena prawej półkuli mózgu, za słowa, logiczne myślenie, cyfry odpowiada natomiast lewa półkula mózgu. Synchronizacja obu półkul umożliwia sprawniejsze przyswajanie danych. Większość metod szybkiego uczenia się i zapamiętywania bazuje właśnie na wyobraźni. Poza tym wybujała wyobraźnia niesamowicie rozwija kreatywność, a także świetnie wpływa na rozwój mowy i słownictwa.

Skoro wyobraźnia jest taka ważna, nie tylko w czasie zabawy, ale również procesie nauki i zapamiętywania, to warto wspomóc nasze maluchy w jej rozwijaniu. Kilka sposobów jak podtrzymać i rozwinąć niesamowitą pomysłowość i wyobraźnię u dzieciaków:

1. czytanie książek – zaczynamy jak najwcześniej i czytamy kiedy tylko się da, a już obowiązkowo wieczorem, przed snem. Bajki, baśnie wierszyki – cokolwiek. Nic tak nie pobudza wyobraźni jak podróż do świata czytanej bajki, kiedy trzeba wymyślić jak wyglądają bohaterowie i ich świat. Pozwólmy dzieciom, jeśli maja na to ochotę, dopowiadać alternatywne przygody bajkowych postaci. My zaczęliśmy czytać Misi jak była bardzo mała, do snu. Jedną z pierwszych książek, która została jej przeczytana, był „Pan Tadeusz” (nie nie znęcamy się nad dziećmi, po prostu tatuś chciał sobie przypomnieć nasze narodowe dzieło, a ona była na tyle malutka, że było jej obojętne czego słucha). Z biegiem czasu dorobiliśmy się ulubionych książek, które były czytane po kilka razy (taka chyba przypadłość dzieci) i, w zasadzie, nauczone na pamięć. Jeśli zdarzyło nam się pomylić to Michaśka zawsze poprawiała nas z wielkim wyrzutem.

2. słuchanie audiobooków – w zasadzie posiada wszystkie cechy czytania książek, ale bez naszego zaangażowania. To świetny sposób na zajęcie dziecka w samochodzie. Nasze radio zostało „przejęte” przez Miśkowe audiobooki. I tak jak w przypadku książek, po skończeniu danej bajki zaczynamy ja od początku (w zależności od tego co mamy w danym momencie „na tapecie”). Często audiobooki pokrywają się z książkami, które akurat czytamy. Mogę polecić Wam kilka świetnych książek do słuchania: przede wszystkim „Kubuś Puchatek” i „Chatka Puchatka” i cudownym głosem Pana Janusza Gajosa (Kłapouchy w jego wykonaniu to mistrzostwo świata) oraz Pani Jungowska ze swoją interpretacją „Dzieci z Bullerbyn”, „Pipi Pończoszanki” i „Korlsona z dachu”. Po drodze były jeszcze jakieś wierszyki, i inne bajeczki, ale jakoś nie zdobyły serca Misi. Te audiobooki sa na prawdę fajnie przygotowane, tak, że nawet nam nie przeszkadza słuchanie ich na okrągło, a i porozmawiać możemy spokojnie.

3. opowiadanie bajek – podobnie do książek, w niezwykły sposób rozwijają wyobraźnię dziecka. Opowiadając je można dowolnie kreować losy bohaterów, np. wplatać wydarzenia z życia dziecka, z którymi sobie nie radzi. Pozwalajmy również dzieciom czynnie uczestniczyć w opowiadaniu tych historii. W naszym domu mistrzem opowiadania bajek jest Małż. Ma niesamowitą łatwość wymyślania i tworzenia, a jego konikiem są „ryceżowie”. Opowiadaniu bajek zawsze towarzyszy mnóstwo śmiechu.

4. tworzenie „dzieł artystycznych” – rysowanie, malowanie, wyklejanie, itp. Myszata bardzo lubi różnego rodzaju prace plastyczne i często wygląda to tak, ze ja jej coś rysuję a ona to wykańcza.

5. zabawa w teatr i odgrywanie ról – dzięki temu można odgrywać wymyślone historie lub historie życiowe. Teatrzyk może być z „żywymi” aktorami, pacynkami, albo może być teatrem cieni (wcześniej można wspólnie przygotować rekwizyty i postaci)

6. okoliczności przyrody – patrzcie razem na chmury i opowiadajcie co widzicie. To świetna zabawa dla całej rodziny, każdy widzi coś innego, zwykle coś, co dla niego akurat jest ważne (podświadomość?).

Jest jeszcze wiele innych kreatywnych zabaw dla dzieci, które pobudzają rozwój wyobraźni. Najważniejsze, żeby Wam również sprawiał to przyjemność. Jeśli lubicie szaloną, dziką zabawę nie ograniczajcie się (Małż i Miśka biegający po domu w czapkach pirackich z mieczami zrobionymi z tektury – radość dziecia bezcenna). Pamiętajcie, ze komputer i telewizor nie sprzyjają rozwojowi wyobraźni, a czas poświęcony na zabawę z dzieckiem nigdy nie jest czasem straconym.

Łapacz Słońca

Każdy wie co to łapacz snów, jak wygląda i jakie jest jego przeznaczenie. Ale czy ktoś widział łapacza Słońca? Zrobiony z kryształków, zawieszony w oknie pięknie wyłapuje promienie i daje ciekawy efekt. Podobno, bo na ten efekt musimy trochę poczekać :)

Na jednej ze stron internetowych znalazłam instrukcję wykonania tego cudeńka i korzystając z chwili, kiedy moje dziecko nie może hasać po dworze (bo pogoda nie dopisuje), postanowiłam zaangażować ją w ten „prodżekt’.

I tak potrzebne nam będą:

  • plastikowe wieczko od serka, kawy, itp. (my użyłyśmy wieczka od Polinego Mleka, bo tego u nas ostatnio dostatek)
  • klej nietoksyczny, taki który po wyschnięciu jest przezroczysty i elastyczny (polecam klej MAGIC)
  • szklane lub plastikowe kryształki – kolorowe
  • kawałek sznurka do zawieszenia gotowego łapacza

Ale uwaga! Zabawa dla brudasków i wiąże się z możliwością pewnych strat. Dobrze zabezpieczcie „plac budowy”.

kryształki
Misia układa kryształki

Misia ciapie klejem

Pewnie po obejrzeniu galerii domyślacie się już jak wykonać taki Łapacz. Ale po kolei: układamy na plastikowym wieczku kryształki, ciapiemy dokładnie klejem (miejsce przy miejscu, między kryształkami). No i teraz najgorsze: musimy uzbroić się w cierpliwość. Taki Łapacz schnie ok tygodnia – dwóch. Będziemy wiedzieć, ze jest prawie gotowy jak klej zrobi się przezroczysty. Wtedy wyciągamy nasz Łapacz z plastikowej formy, odwracamy i…zostawiamy na kolejnych kilka dni. Jak druga strona zrobi się całkowicie przezroczysta Łapacz jest gotowy. Wystarczy teraz przewlec kawałek sznurka lub wstążki, powiesić w miejscu gdzie mamy dużo Słońca i gotowe.

Jaki efekt pokażę Wam za kilka dni jak nasze Łapacze doschną. A tymczasem czekamy… czekamy…

 

Zdrowo jem: CIASTO JAGLANE Z BAKALIAMI, BEZ PIECZENIA

I znowu kasza jaglana. No ale co ja poradzę, że to ostatnio mój ulubiony składnik i próbuję robić z nim różne rzeczy. Będzie smacznie i zdrowo. O potędze kaszy jaglanej nie będę się dziś rozpisywać – było w zeszłym tygodniu. Więc jak coś, to zapraszam tu klik.

Wiele przepisów na ciasta bezglutenowe bazuje na dużej ilości masła (często nawet całej kostce) oraz cukru. Tu zamiast masła pojawia się tylko niewielka ilość oleju kokosowego, a ciasto nie zawiera też cukru, stewii czy ksylitolu.

Z podanych ilości składników otrzymasz 9 kwadratowych porcji. Ciasto jest zwarte i trzyma formę, więc łatwo podzielisz je na mniejsze porcje.

Ciasto jest inne niż te, które do tej pory jadłam, ma bardzo zbitą twardą konsystencję. Może i patrząc na nie nie ma tego efektu WOW i zastanawiasz się w ogóle czy chce Ci się pichcić, ale warto. Wg. mnie jest pyszne, zaś Małż, który jest bardziej sceptycznie nastawiony do takich „nowinek” (nie mniej lubi próbować nowych rzeczy i jest, jak najbardziej, za zdrowym żywieniem – ale pizzą też nie pogardzi, jak i ja) stwierdził, parafrazując Mamę Kangurzycę, że to ciasto ma całkiem miły smak…kiedy się do niego przyzwyczaić :) Ale potem zreflektował się i poprosił o drugi kawałek :)

SKŁADNIKI:

  • 100 g kaszy jaglanej (suchej, przed ugotowaniem)
  • ok. 500 ml mleka (można użyć dowolnego roślinnego)
  • 50 g mąki kokosowej
  • 50 g mielonego lnu
  • 3 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego (przed rozpuszczeniem)
  • 3 łyżki gorzkiego surowego kakao
  • 2 łyżki cynamonu
  • 2 łyżki miodu
  • 100 g suszonych moreli (niesiarkowanych)
  • 1 duży banan
  • 50 g dowolnych orzechów (ja użyłam pół na pól brazylijskie i włoskie)
  • szczypta soli (opcjonalnie)

Przygotowanie:

  1. Na suchej teflonowej patelni upraż orzechy, a następnie posiekaj je na mniejsze kawałki. Suszone morele pokrój na małe kawałki. W dużej misce wymieszaj mąkę kokosową, len, orzechy, suszone morele, szczyptę soli (opcjonalnie) oraz jedną łyżkę kakao. Odstaw.
  2. Ugotuj kaszę jaglaną: wsyp kaszę do garnka, zalej mlekiem w proporcji ok. 4 części mleka na 1 część kaszy. Doprowadź kaszę do wrzenia, a następnie gotuj na małym ogniu przez 15-20 minut – często mieszając, by nie przywarła do dna garnka. Kasza szybko wchłania płyn, w którym się gotuje, dlatego jeśli zacznie zbyt mocno gęstnieć (i jej konsystencja zacznie utrudniać mieszanie), dolewaj stopniowo wodę lub mleko. Na 2-3 minuty przed końcem gotowania kaszy, wsyp do niej 2 łyżki cynamonu i 2 łyżki kakao. Jeśli masa stanie się zbyt gęsta, dolej nieco wody (lub mleka). Dokładnie wymieszaj. Po 20 minutach gotowania kasza powinna przypominać ciasto i łatwo odchodzić od ścianek garnka. Zestaw garnek z ognia. Jeżeli chcesz mieć bardziej gładką masę lekko ją zblenduj.
  3. Do garnka z kaszą dodaj miód i olej kokosowy. Pozwól, by pod wpływem ciepła kaszy olej całkiem się rozpuścił, po czym ponownie postaw garnek na ogniu i dokładnie wymieszaj zawartość – na gładką masę.
  4. Banana obierz ze skóry i rozgnieć widelcem na możliwie gładką pastę, dodaj do kaszy, wymieszaj.
  5. Do miski z suchymi składnikami dodaj zawartość garnka i wymieszaj dokładnie, aby wszystkie składniki dobrze się połączyły. Odpowiednio wymieszana masa powinna mieć konsystencję gęstego ciasta.
  6. Płytkie, ceramiczne naczynie (ok. 20 x 20 cm) wyłóż papierem do pieczenia, przełóż masę, wyrównaj i starannie dociśnij. Ważne, by masę rozprowadzić równomiernie, tak by była możliwie równej grubości w całym naczyniu. Wstaw do lodówki na min. 6 godzin (najlepiej na całą noc).
  7. Wyjmij papier z masą z naczynia i ostrym nożem potnij na porcje.

ciasto jaglane bez pieczenia

 

Smacznego!

Mama, mamusia…

Jest najważniejszą osobą w życiu każdego dziecka, dzięki niej w ogóle jesteśmy.

Kim jest mama? Jest aniołem stróżem, całodobową nianią dostępną na każde zawołanie, najdelikatniejszą pielęgniarką i lekarzem specjalistą, policyjnym negocjatorem i sprytnym dyplomatą, gdy mały terrorysta próbuje przejąć kontrolę nad światem.
Poza tym jest psychologiem (i to z jaką praktyką!) i lekiem na całe zło, nauczycielką i korepetytorem od wszystkiego, dietetykiem i ekspertem żywieniowym, znawcą i krytykiem literatury dziecięcej, aktorem, który umie wcielić się w każdą rolę, a czytając książki świetnie intonować głos i przyjąć odpowiednią minę, artystą o wielu specjalizacjach – ciastolina, rysunek: kredkami i palcami, na szkle i na chodniku, animatorem zabaw. No i oczywiście mama jest: kucharką, praczką, sprzątaczką, szoferem, budzikiem, księgową, bankomatem… czy na tym koniec? Raczej nie. Trzeba jeszcze dodać bezcenną umiejętność, którą każda mama musi posiadać, a mianowicie musi umieć być dzieckiem. Dzieckiem, które z nieudawaną radością (choćby padała na pysk) tarza się w śniegu, turla się po dywanie, przebiera lalki, rysuje, lepi, buduje, bawi się w farmę, śmieje się z dziecięcych dowcipów i z przejęciem słucha sekretów…

Najlepszą nagrodą dla mam, które kładą się każdego wieczora do łóżka, wyczerpane po ciężkim dniu wypełnionym sprzątaniem, gotowaniem, karmieniem, przytulaniem, przewijaniem jest słodki buziak i zwykłe – niezwykłe „kocham Cię” . To daje energię do tego, żeby następnego dnia (nawet po nieprzespanej nocy, bo małe ma gorączkę) wstać i dalej robić to samo.

Bycie rodzicem wcale nie jest łatwe. Bo nikt nie jest w stanie tak Cię wk….ć jak własne dziecko (czasami jeszcze mąż dorównuje) i jednocześnie nikogo tak bardzo nie kochasz jak własne dziecko. Zanim zostałam mamą nie wiedziałam, że mam w sobie takie pokłady cierpliwości (ja nerwus i choleryk!). Nie wiedziałam, że można odczuwać taki strach (jak strach o dziecko), a jednocześnie na zewnątrz emanować spokojem, żeby ono nie wiedziało, że coś jest nie tak. Przeczytałam dziś bardzo ciekawą rzecz, która, myślę, w pełni pokazuje czym jest matczyna miłość:

Nigdy nie zatrzymałam samochodu, tylko po to, żeby popatrzeć na krowy.

Nigdy nie byłam skłonna oddawać komuś ostatniego pysznego gryza.

Nigdy nie planowałam wycierać czyichś glutów własną ręką.

Nigdy nie myślałam, że moja pralka świetnie pierze piasek i kamyki.

Nigdy nie sądziłam, że mój pocałunek ma moc uzdrawiania.

Nigdy… Aż do momentu gdy urodziłam Ciebie.

Ja bym dodała jeszcze do tego elementy z zakresu „macierzyństwo non-fiction: zawsze jem w biegu, zaczęłam nosić przepastne torebki, żeby wszystkie dzieciowe przybory mi się zmieściły, wychodzę na zakupy po coś ładnego dla siebie, a wracam z torbami pełnymi ciuchów dziecięcych (a dla siebie już niekoniecznie), po kieszeniach mam poutykane kamyki, szyszki, patyki i takie różne okoliczności flory.

Jednak biorąc pod uwagę wszystkie plusy i minusy za nic na świecie nie zrezygnowałabym z bycia mamą! Nawet na jedną chwilkę – bo każda jest inna, a wszystkie cenniejsze niż złoto!

Nie zapomnijcie dzisiaj o kwiatach i buziaku dla mamy!!

5131000

Smerfowa czapa

Z racji tego, że pogoda ostatnio kapryśna i zdarzają się dni kiedy coś cieplejszego jest niezbędne, postanowiłam „machnąć” moim dziewczynom po czapce, a co! Chyba wyszło mi całkiem nieźle, bo Mysza i Polcia prezentują się zacnie, I jeśli ktoś chciałby taką czapę dla swojego dziecięcia (lub dla siebie) to służę pomocą :)

czapa Pola

Czapa Polci

czapa Misia_1

Czapa Misi

czapa Misia

Misia w wąsiastej czapie

Czapeczki wykonane z mięciutkiej bawełny (tzw. dresówki), przeszyte są super modną neonową nicią. Jako ozdoba posłużył mi guzik i kokardka.

Tak więc jeśli ktoś reflektuje na taką czapę, to zapraszam na priv. Każda sztuka jest szyta na indywidualne zamówienie. Do uzgodnienia jest kolor czapki, kolor nitki, ozdoba (lub bez niej), może być naszyta jakaś aplikacja – ze wszystkim możemy się dogadać :)

Polecam i zapraszam.

Zdrowo jem: JAGLANKA

 „Mamooo… zrobimy jutro na śniadanie jaglankę?” – to zwykle słyszę od mojej córy co piątek lub sobotę. Nasze ulubione śniadanie weekendowe – smaczne i zdrowe.

Kasza jaglana jest to łuskane ziarno prosa. Jest to jedna z najstarszych i najzdrowszych kasz, dzisiaj trochę  niedoceniana. Co prawda wraca do łask, jednak nie ciszy się taką popularnością, na jaka zasługuje. Kasza jaglana to absolutne, żywieniowe dobrodziejstwo. Przede wszystkim nie uczula, dzięki czemu mogą po nią sięgać wszystkie osoby borykające się z problemem alergii pokarmowej. Nie zawiera glutenu. Jako jedna z niewielu kasz jest zasadotwórcza, co oznacza, że wspomaga trawienie i wyrównuje poziom kwasu w organizmie. Kasza jaglana ma ocieplające właściwości, nie wychładza organizjaglanka+misiamu od wewnątrz. Ponadto skutecznie odśluzowuje organizm i ma właściwości antywirusowe – jedzona w czasie infekcji pomaga pozbyć się mokrego kaszlu i kataru.

Kasza jaglana zawiera rzadko występującą w produktach spożywczych krzemionkę, mającą leczniczy wpływ na stawy, a także korzystnie wpływającą na wygląd skóry, paznokci i włosów. Jagły dostarczają również dużych ilości witaminy E i lecytyny, która korzystnie wpływa na pamięć i koncentrację oraz reguluje poziom cholesterolu we krwi.

Zawartość głównych składników odżywczych kaszy jaglanej jest zbliżona do innych zbóż, z wyjątkiem blonnika, którego w kaszy jaglanej jest znacznie mniej niż w innych kaszach. Jest dobrym źródłem energii (320–340 kcal/100 g). Głównym składnikiem energetycznym jest skrobia, jej zawartość w kaszy wynosi około 65%. Skrobia ta jest znacznie delikatniejsza niż w kaszy jęczmiennej i pszennej, dzięki czemu kasza jaglana jest lekkostrawna.

Jak ugotować kaszę jaglaną?

Wypłucz dokładnie w zimnej wodzie (to pomoże pozbyć się charakterystycznej goryczki). Następnie do gotującej się wody (2 razy więcej wody niż kaszy) wsyp kaszę, lekko posól (można też dodać odrobinę oliwy) i gotuj na wolnym ogniu przez 15 min (aż kasza „wypije” wodę). Odstaw kaszę na 10 minut, żeby dojrzała pod przykryciem. Z tak ugotowanej kaszy można przyrządzić pyszne dania.

I tu przyszedł czas na naszą jaglankę.

Składniki (na 1 porcję):jaglanka

  • 4 łyżki kaszy jaglanej;
  • szczypta soli;
  • ½ szklanki mleka, może być ulubione mleko roślinne;
  • mały banan (lub pół dużego) – rozgnieciony;
  • jabłko – pokrojone w drobną kostkę;
  • ½ łyżeczki cynamonu;
  • owoce wg. uznania (my uwielbiamy truskawki, maliny i borówki amerykańskie – osobno, albo wszystkie na raz)

Przygotowanie:

Kaszę ugotować. Pod koniec gotowania, gdy cała woda zostanie wchłonięta, dodać mleko i gotować dalej na bardzo wolnym ogniu. Gdy mleko zostanie wchłonięte zdjęć z kuchenki, dodać cynamon, banana i jabłko oraz ulubione owoce. Wymieszać i gotowe.

Jeśli zasmakuje Wam jaglanka, ale nie chce się Wam codziennie gotować kaszy, można o połowę skrócić proces przygotowania. Wystarczy ugotować więcej kaszy (można przechowywać ją w lodówce do tygodnia) i rano po prostu do porcji kaszy dodać mleko i całą resztę.

Pychota!!! Jutro jemy jaglankę!!

Zdrowo jem: CHIA QUINOA PARFAIT

W związku z tym, że w bardzo już niedalekiej przyszłości otworzy się mój zdrowy biznes, to postanowiłam utworzyć cotygodniowy cykl: „Jem zdrowo”. W każdy piątek będzie się tu pojawiać przepis na pyszne i zdrowe danie (tak żebyście „na świeżo” mogli wypróbować w weekend, kiedy macie więcej czasu). Przepisy są przeze mnie wyszperane w czeluściach internetu, czasami przedstawione w oryginale, czasami lekko przerobione, ale zawsze przez nas wypróbowane.

Na początek coś łatwego 😉 : CHIA QUINOA PARFAIT

Parfait [wym. parfé] – jest to mrożony deser podawany zazwyczaj w wysokim kielichu. Do jego produkcji używa się mrożonego kremu, bitej śmietany oraz syropu owocowego. Nazwa deseru pochodzi z języka francuskiego i oznacza: doskonały; idealny; krem mrożony. Ja zrobiłam równie pyszny co oryginał, ale zdrowszy i mniej kaloryczny odpowiednik tego niebiańskiego deseru.

Co jest zdrowego w tym deserze? Przede wszystkim nasiona szałwii hiszpańskiej, czyli chia, które słyną ze swych wyjątkowych wartości odżywczych i właściwości zdrowotnych. Nasiona chia zawierają więcej kwasów omega-3 niż uchodzący za ich skarbnicę łosoś atlantycki, są bardziej bogate w wapń niż mleko, a żelaza zawierają więcej niż słynący z niego szpinak. Ponadto odznaczają się wysoką zwartością pełnowartościowego białka, zapobiegających rozwojowi nowotworów antyoksydantów, obniżającego ciśnienie krwi potasu, regulującego trawienie błonnika (25%), kojącego nerwy magnezu, wzmacniającego kości fosforu i wielu innych dobroczynnych substancji. Wspomagają nawilżanie organizmu ponieważ mogą zatrzymywać dziesięciokrotność swojej wagi. Jedną z zadziwiających możliwości nasion chia są własności hydrofilowe – nasiona są w stanie zaabsorbować wodę w proporcji ponad 12 do 1. Ze względu na swoje właściwości hydrofilowe są efektywnym uzupełnieniem diety sportowców.
Drugi ważny składnik to quinoa, czyli komosa ryżowa. Białko zawarte w komosie ryżowej, jako jedno z nielicznych białek roślinnych zawiera wszystkie aminokwasy egzogenne, czyli takie, które nie są syntetyzowane w organizmie i muszą być dostarczane wraz z pożywieniem. Sama zawartość białka w komosie ryżowej jest dość wysoka. W związku z tym quinoa może być alternatywą dla białka pochodzenia zwierzęcego i znaleźć się w diecie wegetarian, a także osób, które ze względów zdrowotnych muszą ograniczyć spożycie bogatego w niezdrowe nasycone kwasy tłuszczowe mięsa. Ziarna komosy ryżowej są bogate w tłuszcze nienasycone, głównie w kwas linolenowy, oleinowy i linolowy. Ich spożycie przyczynia się do obniżenia poziomu cholesterolu, zmniejsza ryzyko miażdżycy i innych chorób układu krążenia.

Dodatkowo siemię lniane, jogurt, owoce i brak dodatku cukru, powodują, ze deser jest delikatny, lekki i niskokaloryczny. Dzięki użyciu mleka roślinnego deser nadaje się dla wegetarian oraz vegan.

No i wreszcie przejdźmy do meritum, czyli samego przepisu, który jest banalnie prosty.

Składniki (na 2 porcje):

  • 70 g ugotowanych nasion quinoa (komosa ryżowa);
  • 3 łyżki nasion chia;
  • 1 łyżka siemienia lnianego;
  • 375 ml mleka migdałowego lub kokosowego;
  • 2 łyżeczki surowego kakao (może być również karob);
  • 125 ml jogurtu greckiego (najlepiej pełnotłusty, niesłodzony);
  • garść posiekanych ulubionych owoców (np. maliny, jagody – mogą być mrożone).

Przygotowanie:

Dokładnie wymieszać nasiona quinoa, chia, siemię lniane z mlekiem i kakao i odstawić do lodówki na ok. 2 godziny. I to w zasadzie koniec przygotowań. Podawać przekładane warstwami: nasiona, jogurt, owoce.

chia quinoa parfait

Już niedługo zaproszę Was po zdrowe zakupy, ale na razie cicho szaaaa… 😉

Rzecz o „zarazie” i czaso braku

Mamy czasy jakie mamy… Ciągle gdzieś pędzimy, czas nas goni. Ciągle w biegu, pospieszamy siebie, dzieci. Pędzimy z pracy po dziecko do przedszkola/szkoły, na zakupy, do urzędu, do lekarza. Jeszcze te zajęcia dodatkowe, na które też trzeba zdążyć. Na końcu pędzimy do domu ,bo już późno. A tam…mamy tyle rzeczy do zrobienia: ugotować obiad, posprzątać, uprasować. Zawsze jest coś…zawsze brakuje nam czasu.
A w samym centrum tego całego pędu są jeszcze dzieciory. I one nie ułatwiają nam wcale sprawy. Co się dzieje gdy wreszcie wrócimy do domu po maratonie załatwiania spraw przeróżnych? Albo kiedy mamy dzień wolny i zostajemy w domu i mamy czas spokojnie wszystko w domu ogarnąć: posprzątać, poprać, i nawet odpocząć przy kawce i gazetce lub facebook’u ;)? Ano właśnie, te dzieci nasze ukochane wołają: mamo/tato chodź się pobawić, chodź na spacer, itp. I w tym momencie często nasze relacje są zżerane przez paskudną „zarazę”. Bo co zwykle dzieć słyszy w takich chwilach? Oczywiście: ZARAZ (alternatywna wersja: za chwilę): zaraz się tobą pobawię tylko sprzątnę, zaraz pójdziemy tylko wstawię pranie, zaraz, zaraz, zaraz…. A po jednej rzeczy do zrobienia mamy następną, bo przecież trzeba to zrobić, a życie nie polega tylko na zabawie. A dziecko czeka, czeka, czeka…

Dzieci chcą się bawić i spędzać z nami czas, potrzebują tego. Niestety życie w XXI wieku, zwłaszcza w dużych miastach sprawia, że jesteśmy zabiegani, zmęczeni i ciągle brakuje nam wolnej chwili. Problemem jest również system pracy i to, że często stawiamy ją pierwszym miejscu, bo przecież musimy zarabiać na życie i przyjemności (a jakże, nie da się powietrzem żyć). W pracy spędzamy mnóstwo czasu, bierzemy nadgodziny, pracujemy w dni wolne. Wszystko po to, aby nasze dzieci miały to, czego zapragną. A one pragną nas, naszego czasu i uwagi. Przerażające jest to ile czasu dzieci spędzają z „obcymi ludźmi” (nianią czy w przedszkolu), zamiast z rodzicami. To rodzice stają się obcy dla swoich dzieci. Bo co rodzice mogą wiedzieć o swoich dzieciach jeśli zostawiają je w przedszkolu o 6:30 a odbierają o 17:30 (a w domu jest jeszcze tyle do zrobienia, że na wszystko brakuje czasu)?

Fakt, przyznaję się bez bicia, że i naszą rodzinę, wcale nie tak rzadko, zżera „zaraza”, bo też musimy ogarnąć chałupę, zrobić zakupy, coś zjeść. I Myszata się strasznie wkurza, jak słyszy zaraz albo za chwilę, a często musi bawić się sama. Ostatnio, kiedy Małż (o zgrozo!) zabrał się za kolejne koszenie trawnika, stwierdziła, że wiosną i latem tata nic nie robi tylko z kosiarką chodzi. I dlatego jej plan jest taki, żeby tatusiowi zorganizować kosiarę, która sama kosi, albo chociaż mini traktorek :) Jednak staramy się tak organizować, żeby codziennie któreś z nas (jeżeli nie możemy razem) mogło poświęcić jej czas. Albo chociaż tak organizujemy prace konieczne, żeby ją zaangażować i żeby nie czuła, że mamusia i tatuś znowu MUSZĄ coś zrobić i nie mogą się pobawić. i tak np. ostatnio współpracowałyśmy przy plewieniu chwastów (wiem, mało interesujące, ale wyszła nam całkiem zacna zabawa): ja rwałam chwasta a Misiek wywoził na mini taczce. Natomiast z tatą zawsze jest świetna zabawa przy kopaniu, bo można mnóstwo dżdżownic powyciągać, pogadać z nimi i znaleźć im nowy domek (ble…paskudne robale, ale nie dla mojego dziecka – jej dewiza to: robal mój kumpel).

Niby jesteśmy bardziej świadomymi rodzicami. Niby więcej wiemy, że trzeba okazywać czułość, zainteresowanie. Niby ciągle się rozwijamy. Ale naszą bolączką jest czas, a dokładnie jego brak. Nasze dzieci są samotne, często muszą same radzić sobie ze swoimi problemami. Zabiegani rodzice zadowalają się zdawkową odpowiedzią „OK” na, w sumie równie zdawkowe pytanie: co w szkole/przedszkolu. I tak powoli więź, która była bardzo silna gdy dzieci były małe, z nieubłaganym biegiem czasu coraz bardziej się osłabia. To teraz gdy dziecko jest małe mamy czas, żeby budować więź, by zapracować na to, że gdy mały człowiek przestanie być już mały, to będzie nie tylko naszym dzieckiem, ale stanie nie naszym przyjacielem. To nie jest proste zadanie, ale jeśli się uda to nasze nastoletnie (czy później dorosłe) dziecko nie będzie chciało za wszelką cenę wymiksować się z domu, ale przeciwnie – chętnie będzie zapraszać do domu przyjaciół, będzie spędzać z nami czas. Na szczęście dzieci kochają bezwarunkowo i są w stanie wybaczyć praktycznie wszystko. Ale do czasu… W pewnym momencie może okazać się, że przekroczyliśmy cienką granicę czasu, czasu, który straciliśmy i, że ten (jeszcze nie tak dawno) mały człowieczek jest już dużym człowiekiem, którego kompletnie nie znamy, który ma swoje sprawy i dla którego jesteśmy po prostu rodzicami, nikim więcej. I wtedy będzie już za późno…

A może by tak zwolnić, odpuścić sobie to sprzątanie, zrezygnować z nadgodzin w pracy. Przecież nic się nie stanie jak gary poleżą do jutra w zlewie (przynajmniej zmywarka sobie odpocznie), jak trochę paprochów powala się jeszcze po podłodze, jak w pralnie urośnie kolejna mała górka prania, jak ta cholerna trawa jeszcze z centymetr urośnie i jak zarobimy ciut mniej. Jedźmy na wycieczkę, do parku, chodźmy na spacer, porzucać frisbee, poszukać jaszczurek, albo po prostu powygłupiać się. Powoli, bez pośpiechu spędźmy ze sobą czas. Przestańmy odsuwać dziecięcą potrzebę bliskości na ZARAZ. Radość w małych oczkach, uśmiech na buźce i ten dziecięcy chichot są bezcenne i żadne bogactwa świata nie zastąpią nam tego.

DSC_0266

Świetną metodą na poznanie swojego dziecka i zbudowanie więzi są wieczorne pogaduchy. W związku z tym, że to ja oporządzam codziennie wieczorem Misię (małą Polą zajmuje się tatuś) to wypracowałyśmy sobie taki rytuał: w łóżku, po przeczytaniu bajki zawsze mamy czas na rozmowę: o tym co działo się w ciągu dnia, co nas rozweseliło, co zasmuciło. I muszę powiedzieć, że moja córa uwielbia te rozmowy, sama się ich domaga („mamusiu jeszcze nie porozmawiałyśmy, musimy porozmawiać”). I nawet jeśli wiem, że jest już późno i, że goni nas czas i ona powinna już spać, bo rano będzie nieprzytomna, nigdy nie odmawiam jej tych rozmów. Bardzo dużo dowiaduję się o swoim dziecku (tylko trzeba odpowiednio pytać – nie ogólnikowo tylko konkret), a ona o mnie. Wszystkim mającym dzieci polecam wieczorne pogawędki.

ja

Dzień dobry, nazywam się…

… Ula i mam 32 lata. Od prawie 5 lat jestem mamą, a od października 2014 double mum :) Nasza rodzinka składa się (oprócz mnie) z Szanownego Małża, dwójki dzieciów: starszej Michaliny i młodszej Poli oraz psa przybłędy z kulawa łapką.

Zanim pojawiły się dzieci mieszkaliśmy w centrum Wrocławia i byliśmy całkowicie pochłonięci przez to miasto. Jednak od kiedy staliśmy się rodzicami zamarzyliśmy o domku na wsi, tak żeby dzieciaki miały kawałek swojej trawy do wybiegania się. I tak w 2010 roku staliśmy się dumnymi posiadaczami całych 2000 metrów kwadratowych, na których teraz stoi masz domek.

Zawsze ciągnęło mnie do handmade’u, a do uzewnętrznienia się z moja pasją namówił mnie Małż. Swój czas miały już druty, szydełko, biżuteria ręcznie robiona, ale najbardziej odnalazłam się w szyciu. Z racji posiadania dzieci szyję głównie z myślą o nich. Są to ubranka, zabawki oraz rzeczy użytkowe. Szycie sprawia wielka frajdę mnie oraz moim dzieciom (w sumie to na razie tylko starszyźnie, bo małe na razie niewiele kuma). Mam nadzieję, że również Wam i Waszym dzieciom będę mogła sprawić przyjemność moimi wyrobami.

Poza tym blog będzie o życiu domowym (jestem mamą na etacie ale tymczasowo, ze względu na urodzenie dziecia, jestem etatową mamą), takim w wersji slow (wiecie: własne wypieki, chleby, jogurty, wędlinki itp.). Pojawią się pewnie opisy ciekawych gadżetów…zresztą zobaczymy jak moja działalność będzie się rozwijać. W każdym razie ma to być blog handmade’owo – lifestyle’owo – parentingowy.

Enjoy the show :)

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Pinterest