Jak zostać mobilnym rodzicem…

Posiadanie dzieci powoduje, że stajemy się mniej mobilni. Przynajmniej do pewnego czasu. Do czasu, kiedy nasze dziecko na tyle odrośnie od ziemi, że przestaje się plątać między nogami. I do tego właśnie czasu często rezygnujemy z niektórych wyjść czy wyjazdów z dzieckiem. Tak dla świętego spokoju, żeby nie tarabanić się z wózkiem, albo dlatego, że z tym wózkiem się nie da. Ale jest sposób na to, żeby jednak można było. Żeby można pójść na długi spacer bez wózka, żeby można było pojechać w góry, czy na jakąkolwiek inną wycieczkę lub, po prostu, załatwić „sprawy na mieście”. Ten sposób to chusta lub nosidło.

Chusta czy nosidło – trudny wybór!

Bezwózkowe przemieszczanie się z dzieckiem może być trudniejsze lub łatwiejsze. Wg. mnie trudniejsza jest chusta. Ciężko się zamotać w ten długaśny kawał materiału i jeszcze wpakować w to dziecko. Chociaż podobno jak się już załapie, to jest całkiem łatwo. Jednak Misia nie chciała współpracować, a przy Poli nawet nie podejmowaliśmy prób. Wybraliśmy łatwiejszy sposób, czyli nosidło. Zarówno Misia była zadowolona z tego wyboru, jak i Pola teraz nie narzeka :) Podstawowa różnica jest taka, że w chuście, zwłaszcza elastycznej, można nosić dziecko w zasadzie od urodzenia, natomiast nosidło jest odpowiednie dla dzieci, które osiągnęły ok. 7 kg lub skończyły 4 – 5 miesięcy (kiedy dziecko zacznie trzymać sztywno główkę). Jeśli chodzi o wybór chusty to w zasadzie nasz gust jest głównym odnośnikiem. Natomiast wybór nosidła, to zupełnie inna bajka. Ja przewertowałam cały internet w poszukiwaniu informacji na temat wyboru właściwego. Przede wszystkim musi to być nosidło ergonomiczne, czyli takie, które nie ma praktycznie żadnych usztywnień i pozwala przyjąć dziecku naturalną pozycję ciała. Dziecko noszone jest w takim nosidle w pozycji na „żabkę”, co pozwala na prawidłowy rozwój bioder, miednicy i kręgosłupa dziecka. W nosidle ergonomicznym możemy nosić dziecko zarówno z przodu (ale nie przodem do kierunku „jazdy”!) jak i z tyłu, na plecach. Na rynku jest spory wybór nosideł ergonomicznych (np. TULA, LennyLamb, Bondolino, Amazonas, Manduca), a jeśli chodzi o ceny, to trzeba liczyć się z wydatkiem od około 300 zł do 500 – 600 zł. My mamy nosidło firmy WOMAR Zaffiro z linii eco (tylko ta linia oferuje nosidła ergonomiczne – pozostałych nie polecam, dlaczego przeczytasz poniżej) i jesteśmy zadowoleni

Jeśli chodzi o korzyści z noszenia dziecka zarówno w nosidle, jak i w chuście to, przede wszystkim, zaspokajamy potrzebę bliskości i budujemy więzi, łatwiej jest nam pokonać bariery architektoniczne i mamy większą swobodę w przemieszczaniu się oraz mamy możliwość lepszej organizacji życia codziennego.

W minione wakacje Pola dość dużo czasu czasu spędziła w nosidle. Byliśmy nad morzem (nie sposób targać wózek po plaży…), byliśmy też na krótkiej wycieczce górskiej, bierzemy nosidło jak jedziemy na spacer po mieście, albo do urzędu. I odkryliśmy jeszcze jedną ogromną zaletę tego sposobu przenoszenia Poli. Do niedawna była ona „nieprzytulalna”, nie lubiła tulenia, a od kiedy pochodziła w nosidle zupełnie się to u niej zmieniło :)

20150814_160433

 
20150903_112059

20150903_112050

Wisidło (wisiadło) – rodzicu nie idź tą drogą!!!

Na rynku jest jeszcze coś, co również nazywa się nosidłem (niestety! – najpopularniejsze chyba jest firmy co to ma w nazwie dwie literki „b”), ale na pewno nie jest ergonomiczne (chociaż zdarza się, że ma w nazwie słowo „ergonomiczne”). Większość rodziców, którzy chcą kupić nosidło i nie zgłębią tematu, trafi, niestety, właśnie na ten produkt. Chodzi o nosidło twarde, czyli tzw. „wisidło”. I to jest jakaś MA SA KRA!!! Takie wisidło robi więcej szkody niż pożytku: przede wszystkim ma ono wąski pas materiału między nóżkami dziecka, przez co cały ciężar ciała spoczywa na jego kroczu, a nóżki dyndają sobie obok. Powoduje to zwiększenie ryzyka dysplazji stawów biodrowych. Poza tym, takie nosidło wykonane jest ze sztywnych, grubych materiałów, które wymuszają nienaturalną pozycję dziecka.

wisidło

Kolejne ZŁO wynikające z używania nosidła twardego, to pokusa noszenia dziecka przodem do „kierunku jazdy”, bo „dzieciątko może sobie lepiej oglądać świat…”. Bzdura! Nigdy, ale to NIGDY nie należy w ten sposób nosić dziecka! Dziecko jest narażone na nadmiar bodźców, jest wystawione na wszystkie zdarzenia, nie może się przed nimi schronić w ramionach opiekuna. Maluch nie ma możliwości przytulić się do rodzica, nie mówiąc już o spaniu. Nie jest też w stanie przyjąć prawidłowej pozycji ciała, jego kręgosłup nienaturalnie wygina się w drugą stronę, a główka nie ma podparcia. Dodatkowo przy takim sposobie noszenia ucisk na genitalia jest największy, więc nie może być to przyjemny sposób podróżowania :)

Ostatnimi czasy bardzo często spotykam mamusie noszące swoje dzieci w wisidle (nie wiem, może bardziej zwracam uwagę). I pewnego razu w hipermarkecie postanowiłam delikatnie zwrócić Pani uwagę, że może robi krzywdę swojemu dziecku nosząc je w takim nosidle i jeszcze frontem do świata (wiecie, tak normalnie, bez wywyższania się i umoralniania, jak matka matce – może kobita nie wie, że jest jakaś alternatywa), ale dostało mi się, że nie moja sprawa i mam się nie wtrącać (pani tak dość agresywnie zareagowała). No i wyleczyłam się z bezpośredniego naprawiania świata… Ale może komuś z Was przydadzą się moje rady i dobrze wybierzecie nosidło dla swojego Dziecia.

I na koniec zdjęcie, które znalazłam na Pintereście (sorki za słabą jakość), a które mnie zatrwożyło, na 132 sekundy zamarłam, padłam, podniosłam się i jeszcze raz padłam. OMG! Potrzeba matką wynalazków. Tylko czy te wynalazki są aby na pewno dobre….

ff16eb2df677dfb67f1495a1c393af1d

Skalne miasto – Teplice

Korzystając z trwającego jeszcze urlopu Małża postanowiliśmy wybrać się na małą rodzinną wycieczkę. Małą, bo jednodniową. Ale to co zwiedzaliśmy małe nie było :) Tuż za granicą polsko – czeską jest fascynujące miejsce: Adsprasko – Teplickie Skały. A w tych skałach dwa skalne miasta. Są to niesamowite formacje skalne i największe skalne miasta w Europie Środkowej. Mnie te skalne miasta przywodzą na myśl Nowy Jork: są ogromnie i na prawdę wyglądają jak ogromne miasta, albo jak wieżowce.

Mieliśmy mały dylemat czy dzieci dadzą radę: Misia przejść spory kawałek drogi, a Polcia wytrzymać tyle czasu w nosidle (jedno skalne miasto zwiedza się jakieś 3 godziny). Ale nie było czym się przejmować, bo obie dziewczyny super się spisały.

Do samego skalnego miasta z parkingu trzeba dojść, lekko pod górkę. Natomiast samo skalne miasto zwiedza się, w zasadzie „po równym”.  Pierwszą atrakcją jest zamek na skalę, do którego trzeba się wdrapać po 300 schodach (a jak się później okazało to pod koniec są to właściwie drabiny – więc jeśli macie problemy z tego typu podłożem to nie polecam :) Ja odmówiłam zwiedzania tej atrakcji, ale Misia stanowczo zażądała wejścia na górę (myślałam, że po wejściu i zejściu będzie miała dość wszystkiego, ale jakże się myliłam…). Generalnie okazało się, że P. z dwójką dzieciaków (tak, tak, Pola również „powędrowała” na górę) stał się, sam w sobie, niezłą atrakcją turystyczną :) Po zejściu z zamku szlak dalej prowadzi lekko pod górkę, aż dochodzi się do pętli, czyli właściwego skalnego miasta. I tam zaczyna się prawdziwa zabawa :) Podążamy labiryntem ogromnych skał, co i rusz widzimy tabliczki kierunkowe z nazwami różnych skałek (niektórym trzeba się mocno przyglądać i wykazać się ogromną wyobraźnią, żeby dojrzeć to,co autor miał na myśli), przeciskamy się szczelinami w grotach skalanych. Była wędrówka, był i piknik na skale. Dzień uznaliśmy zgodnie za udany, a Misia pyta kiedy znów pojedziemy w góry. Myślę, że miejsce warte odwiedzenia, bo dość nietypowe. Z resztą zobaczcie sami :)

20150814_154448

20150814_155212

20150814_160059

20150814_160145

20150814_160433

20150814_160502

20150814_163500

20150814_171548

20150814_172008

Takie cuda mamy bardzo blisko granicy. My przekraczaliśmy granicę w Golińsku koło Wałbrzycha. Należy kierować się na Teplice nad Metuji. Tu jest skalne miasto, które my zwiedzaliśmy. Natomiast adspraskie skalane miasto można zwiedzić idąc szlakiem przez wilczy wąwóz (wtedy wejście do obu skalnych miast mamy w cenie jednego), lub podjeżdżając na parking i korzystając z krótszej drogi. Co ważne nie trzeba wyposażać się w korony czeskie, można płacić złotówkami (parking  10 zł za cały dzień) oraz kartą za wejście.

5 lat minęło jak błyskawica…

… jak z bicza strzelił, rach – ciach, szast – prast, w oka mgnieniu… Ogólnie to szybko, bardzo szybko. Dopiero co się urodziła, dopiero co zaczynała chodzić, biegać. Dopiero co musiałam jej we wszystkim pomagać, tłumaczyć, uczyć. A teraz to już mała pannica :) Mała, 5 – letnia dama. Wszystko wie najlepiej, zawsze musi mieć ostatnie zdanie, świetnie sobie radzi. Nie zginie w tłumie, na pewno nie. I jak tak teraz patrzę na nią i oglądam te zdjęcia, to nie wierzę, że to było jednocześnie tak dawno i tak niedawno. I jakoś tak smutno mi, że ten czas tak gna do przodu. Nim się obejrzymy Polasiek wyrośnie jak starsza siostra, dziewczyny pójdą do szkoły, na studia, wyprowadzą się. Musimy bardziej czerpać z chwili obecnej! Nie rozpamiętywać, nie wypatrywać dnia następnego. Tu i teraz!

Generalnie to zryczałam się jak bóbr! 5 lat życia zmieszczone na stu kilku zdjęciach…

Wakacyjna harówka.

Jeśli wydaje Ci się, że wakacje z małym dzieckiem (takim powiedzmy do roku – półtora) to sielanka, cud – malina i błogi spokój, to się grubo mylisz. I biada Ci jeśli nie zdasz sobie z tego sprawy. Możesz mieć spaprany urlop i zły humor przez cały wyjazd. Ale jeśli… Ale od początku.

Byliśmy nad morzem. Wyjazd trochę nieplanowany, spontaniczny. Generalnie to mieliśmy jechać sami (ewentualnie z Miśką) i tylko na weekend, z racji tego, że 25-26 lipca w Gdyni był SeeBloggers, w którym miałam okazję uczestniczyć. Ale Małż stwierdził, że skoro mamy się tarabanić tyle kilometrów, to pojedźmy na kilka dni dłużej. I tak, nie dość, że zrobił nam się cały tydzień, to jeszcze pojechali z nami moi rodzice. Wakacje rozpoczęliśmy na Helu, a skończyliśmy weekendowo w Gdyni. Kiedy wyjeżdżaliśmy pogoda zapowiadała się przepięknie: słońce, gorąc. Nastawiłam się na plażowanie, wylegiwanie, czytanie gazet, książek i w ogóle pełen luuuz… (no! jeszcze wtedy taka naiwna byłam). Dojechaliśmy na miejsce, a tam… leje. Normalnie ulewa, oberwanie chmury i ziąb. A ja oczywiście przygotowana na odwrotność pogodową: w walizce jedna bluza, a poza tym cienko, lekko, zwiewnie. Michalina zafiksowana na plażę, że już, natychmiast, w związku z tym czarna rozpacz. Na szczęście następnego dnia wypogodziło się i mogliśmy przywitać się z morzem. Kolejny dzień to już super pogoda, więc zaraz po śniadaniu załadowaliśmy cały ekwipunek i wyruszyliśmy nad morze. Rozłożyłam się z leżaczkiem, gazetką i…hellloooł…co ja sobie myślałam!?! Że będzie, co najmniej, jak w zeszłym roku, kiedy Pola była po tamtej stronie brzucha? Że Małz z Misią do kopania dołów i budowania zamków, a ja w tym czasie relaksik? O jakże ja się myliłam! Owszem Miśka z tatą non-stoper w wodzie lub piachu się babrali, ale małego „karakanka” nie można było na sekundę z oka spuścić. Ba! Nawet z rąk wypuścić. Bo zaraz zabierała się do konsumpcji: piachu, kamieni, patyków, petów (sic!) i wszystkiego co udało jej się schwytać. Jak ja się cieszyłam kiedy następnego dnia nie musieliśmy iść na plażę. Przynajmniej nie na cały dzień. Ja natomiast przewartościowałam sobie wakacyjny światopogląd i nastawiłam się na przyjemność dzieci. Bo szczęście dzieci rodzi szczęście i święty spokój rodziców.

Pozostałe dni naszego wyjazdu nie „grzeszyły” idealną pogodą, przez co musieliśmy zapewnić dzieciom (w naszym przypadku to w sumie tylko Misi, bo Polciak na razie niewiele wymaga) moc atrakcji i rozrywkę. Były foki, i spacery, i latarnia w Helu. W Gdyni, natomiast dwa statki: „Dar pomorza” i ORP „Błyskawica”,oceanarium (pomyłka, kompletnie nie polecam), świetny plac zabaw przy plaży i Centrum Nauki EXPERYMENT, w którym Miśka spędziła z tatą 3 godziny i wołami trzeba było ją stamtąd wyciągać. Generalnie to wakacje były intensywne i…trochę męczące. Ja, ZŁA MATKA, marzę o tym, żeby na wakacjach odpocząć (od dzieci też, a co!), poleniuchować i mieć wszystko głęboko… Co nie zmienia faktu, że z dzieciami też jest super i spędziliśmy razem cudowne chwile…

20150720_110743

20150720_111646

20150720_114725

20150720_111303

20150722_193346

20150722_193439
20150722_193513

20150722_193655

20150722_120705

20150722_122408

20150721_202101

20150720_220158

20150725_142411

20150726_104604

20150726_182423

Czy jesteś w stanie zagłodzić swoje dziecko?

Dziś o jedzeniu. Za młodu byłam niejadkiem – przynajmniej taką łatkę mi przypięto. Czas posiłków to był koszmar dla mnie, dla rodziców, dziadków. Wszystkich, którym trafił się akurat wątpliwy przywilej uczestniczenia ze mną w posiłku. Ciągła nerwówka: no jedz!, dopychanie kolejnego kęsa, a moje policzki robiły się coraz większe. Jak u chomika. Mogłam tak godzinami trzymać poliki wypchane. Zawsze byłam chudziną (niestety z wiekiem z tego „wyrosłam”). Można było gołym okiem policzyć wszystkie żebra, a chude, patykowate nogi groziły połamaniem :) No ale kurcze jak ja miałam „zdrowiej” wyglądać skoro nie pozwoliłam wcisnąć w siebie więcej jedzenia niż mój organizm potrzebował, a dodatkowo byłam w ciągłym ruchu. Moja mama całe moje dzieciństwo zamartwiała się, że ja taka chuda, że pewnie chora (głównie za sprawą mojej babci, która za zdrowe uznawała tylko dzieci dobrze utuczone). I co? I nic. Chorowałam nie więcej niż moi rówieśnicy, a wyrosłam na zdrową, dobrze wyglądającą babkę. I patrząc tak z perspektywy czasu oraz obserwując z boku inne mamy postanowiłam, zanim jeszcze sama zostałam mamą, trzymać się pewnych zasad jedzeniowych i nie popełniać podstawowych błędów. Jakich? Lista poniżej.

Zdrowe dziecko samo się nie zagłodzi.

Dziecko wie kiedy jest głodne i kiedy jest najedzone. To, jak dużo je nasze dziecko, często spędza nam sen z powiek, zwłaszcza jeśli uważamy, że je za mało. Jeśli mamy w domu „niejadka” zaczynamy szukać sposobów na nakłonienie dziecka do jedzenia, odwiedzamy specjalistów, opracowujemy strategie i powoli odchodzimy od zmysłów („OMG ona pewnie umrze, jest chora…” etc.). Jeśli więc po przeprowadzeniu odpowiednich badań (no trzeba sprawdzić czy przypadkiem braku apetytu nie powoduje jakaś choroba – odpowiednie badania zleci lekarz) wyniki wskazują na to, że nasze dziecko jest zdrowe i ono zdrowo się rozwija, jest chętne do zabawy, wesołe to WYLUZUJ!!! Może ono mało je bo takie po prostu zapotrzebowanie, albo skłonności genetyczne (no właśnie i tu kłania się mamusia – niejadek; zresztą Małż raczej też z tych przecinkowatych – a teściowa nie raz opowiadała jak musiała się nagimnastykować żeby coś zjadł). Mądrzy naukowcy przeprowadzali kiedyś mądre badania i wyszło im, że dzieci jedzą mniej więcej tyle samo w dłuższych okresach czasu (np. tygodniowych), tzn nadrabiają ominięte posiłki w następnych dniach. W związku z tym rodzice, którzy twierdzą, że pociechy jedzą mało, powinni przez kilka dni zapisywać co i w jakich ilościach zjadł malec. Może się okaże, że wcale nie jest niejadkiem.

Gdy maluch odmawia zjedzenia posiłku to to, co możesz zrobić, to powziąć wszystkie siły jakie w Tobie drzemią i spróbować zachować całkowity spokój (wiem, wiem, łatwo się mówi). Dzieci mają w sobie taki radarek (jeden z kilku), który wyczuwa negatywne emocje szybciej, niż my sami potrafimy się do nich przyznać. Zatem gdy dziecko odmawia jedzenia, zabierz talerz, nie komentuj, nie proś, nie błagaj, nie złość się. I nie proponuj mu nic nowego – żadnych przekąsek, deseru. Nie rób tragedii, że nie zjadło obiadu – POZWÓL mu POCZUĆ GŁÓD i zjeść w związku z tym następny posiłek z apetytem.

Leci samolocik, leci.

Śmieszy mnie niezmiernie (chociaż to raczej tragiczne) jaką kreatywnością wykazują się niektóre mamusie (i tatusiowie, dziadkowie też), żeby wcisnąć jedzenie w swoje dzieci. Kiedy Misia miała tak mniej – więcej rok zaczęła samodzielnie jeść. Oczywiście na początku to było jedzenie łapkami. Zasiadała wtedy przed wielkim talerzem z gotowanymi warzywami i mięskiem lub rybką i wcinała.

45

Słodki widok – uśmiecham się na samo wspomnienie. Wielka radość i satysfakcja z własnej samodzielności. Boisz się, ze Twoje upaprze wszystko dookoła? No i co z tego! Moje też paprało. Siebie, stół i podłogę. Kup duży śliniak – ochronisz ciuchy. Resztę można po skończonym posiłku przetrzeć. A jeśli uważasz, że to za dużo roboty, kup Wyborczą albo Rzeczpospolitą i wyłóż podłogę wokół krzesełka (po posiłku zwiń i wyrzuć). No właśnie KRZESEŁKO – wygodne i łatwe w czyszczeniu (my mamy takie zwykłe, drewniane z IKEI, bez żadnych bajerów). Jak tylko dziecko nauczy się siedzieć przesadzamy je z leżaczków (i tym podobnych niemowlęcych gadżetów służących do początkowego karmienia) na krzesełko. A krzesełko ma stać przy stole, przy którym zwykle jemy posiłki. Kiedy dziecko wyrośnie z krzesełka nadal powinno jeść przy stole (możesz zakupić mu specjalny podwyższacz – niedługo pojawi się na blogu), nie z doskoku (kęs, biegnie się bawić i znowu wraca na kęs – NIE, NIE, NIE!). Ty też nie biegaj za dzieckiem z talerzem (chyba, że traktujesz to jako fitness, ale pomyśl jak będziesz wyglądać w restauracji albo u znajomych – raczej SŁABO!). Niedozwolone są wszelkie formy aktywności fizycznej w trakcie posiłku. Mam na myśli np. wychodzenie z dzieckiem i jedzeniem na huśtawki (tak, tak znam takie przypadki). Nie urządzaj też zabaw w trakcie posiłku. Chodzi mi o zabawy w piratów na odwróconym stoliku albo wyścigówki w stoliku/ławie z wyciągniętą wcześniej szybą – historia zna takie przypadki. Posiłki spożywane przed telewizorem to jakaś pomyłka. Albo podsuwanie zabawek, które mają zająć uwagę dziecka (Małż dostawał stare radio do rozkręcania i skręcania). MA-SA-KRA. Dziecko ma jeść ŚWIADOMIE. Ma wiedzieć co je, ile je i, przede wszystkim, że w ogóle je. No i te nieszczęsne samolociki, czy formułki „za mamę, tatę, babcię, dziadka, sąsiadkę, psa, kota, szczura…”. Dziecko ma zjeść tyle, ile potrzebuje i nie ma sensu wmuszać w nie kolejnych porcji jedzenia. Częstym błędem jest podawanie zbyt dużych porcji jedzenia. Dzieci mają znacznie mniejszy żołądek niż dorośli i dlatego ich porcje powinny być co najmniej o połowę mniejsze, niż te, które zjadamy my. Maluchy w wieku od 1 do 3 lat potrzebują około 1000 kalorii dziennie, starszaki (4-6) lat o 400 kcal więcej, a dzieci szkolne (7-9 lat) około 1800 kalorii na dzień. No i oczywiście trzeba pamiętać, że jedne dzieci jedzą mniej, inne więcej, dlatego porównywanie z rówieśnikami mija się z celem.

Nie rób małemu co tobie niemiłe.

Jak już mówiłam (pisałam, znaczy się) często dzieci dostają za duże porcje. Nawet jeśli wydaje Ci się, że porcje są odpowiednie, zasada jest taka, że dziecko nie musi zjeść wszystkiego co ma na talerzu. Zapomnij o zasadzie „nie odejdziesz od stołu dopóki talerz nie będzie pusty”. Toż to podchodzi pod przemoc psychiczną! Traktuj dziecko nie jak swoją własność, której możesz narzucić swoją wolę. Traktuj je jak mniejszą wersję dorosłego. Czy nad Tobą w trakcie posiłku stoi ktoś z batem? Chyba nie wyobrażasz sobie takiej sytuacji? Ja sobie nie wyobrażam! Więc teraz postaw się w sytuacji dziecka. Drugą sprawą jest to, że dziecko ma prawo jeść to co lubi. Albo inaczej: ma prawo nie jeść tego, czego nie lubi. Nie oszukuj dziecka w kwestii podawanych pokarmów. Chyba nie czuła bym się komfortowo, gdyby ktoś serwował mi np owoce morza, których nie cierpię, mówiąc, że to kurczak i jeszcze zmuszał mnie do zjedzenia tego. Na pewno szybko bym się nabawiła wstrętu do jedzenia. My z Misią mamy taką niepisaną umowę (z Polką też będziemy chcieli takową zawrzeć), że musi spróbować wszystkiego. Chociaż mały kawałeczek, mały kęsik, małą łyżeczkę. A nuż jej zasmakuje. Ale zawsze ma prawo powiedzieć, że jej nie smakuje. Wiele już było takich potraw, o których Miśka mówiła „nie lubię”, „niedobre” z zasady, bez spróbowania, a które po spróbowaniu (czasem przymuszonym) okazywały się pyszne, a nawet ulubione.

Wszyscy jesteśmy estetami

Jedzenie jest przyjemnością. Powinno być. To prawda absolutna. Pozwólmy naszym dzieciom w ten sam sposób odbierać tę czynność. Jeśli za młodu nabierze dobrych nawyków, to i nam i jemu będzie łatwiej w przyszłości. Wiadomo nie od dziś, że jedzenie jest jeszcze przyjemniejsze jeśli jest ładnie podane. Zainwestuj więc w specjalną „zastawę” dla dzieci. Nie musi to być nie wiadomo co. Wystarczy, ze będzie to talerzyk i kubek z ulubionym bohaterem twojego dziecka. my już „przechodziliśmy” przez Kubusie Puchatki i księżniczki. Teraz estetyka jej się trochę zmienia, co mnie niezmiernie cieszy, bo wcześniej to jakoś  nie moja bajka.

zastawa

zastawa_kubuś

zastawa_jeż

KINETIC SAND

kinetic sand

Szperając w internecie natrafiłam jakiś czas temu na takie ustrojstwo jak KINETIC SAND. Wydawało mi się, że to taka ciastolina, a ponieważ Miśka „wykończyła” wszystkie ciastoliny, a uwielbia z niej lepić, postanowiłam dokonać zakupu. Musiałam jednak tymczasowo ukryć zakup przed dziecięciem swoim, gdyż Małż mój twierdzi, że za dużo dzieciom kupuję, że bez okazji, że nie szanują rzeczy i wartości, że…bla, bla, bla… „Ciastolina” czekała więc na swoją okazję. Ja oczywiście burę dostałam, ale KINETIC SAND już był :) I tak w tym tygodniu „okazja” się natrafiła. Dzięki temu, że mała modelka dzielnie współpracowała, to mamusia mogła pstrykać do woli zdjęcia, a jedno z nich zostało docenione i mamusia wygrała nowiuteńki, świeżuteńki telefon LG G4! Tak więc modelce nagroda  również się należała.

Modelka przyjęła prezent bez większego entuzjazmu. Dopiero jak rozpakowałyśmy to cudo to wpadła w zachwyt, który trwa do teraz. I u Misi i u mnie. Ona lepi, buduje, kroi, wyciska, a ja mogę godzinami „przeciekać” to COŚ przez palce. Ten cały KINETIC SAND to jest jakaś magia. To tak jakby połączenie piasku i ciastoliny, ale duuuużo lepsze. Można stawiać z tego babki jak ze zwykłego piasku, ale daje się też kroić jak ciastolina. Jednak dopiero kiedy taką babkę rozłożymy w rękach dzieje się to coś, co sprawia, że jest takie niezwykłe.

kinetic sand_1

kinetic sand_2

kinetic sand_3

Ale co to w ogóle jest? KINETIC SAND składa się w 98% z piasku i 2% z nietoksycznego polimeru. I to właśnie te 2% powodują niezwykłość tej „zabawki”. Ten polimer łączy ze sobą pojedyncze ziarenka piasku, dzięki czemu piasek się nie rozsypuje i nie oblepia rączek. Strukturą przypomina właściwości fizyczne mokrego piasku, ale nie wysycha. Zabawa z KINETIC SAND jest bardzo przyjemna, piasek łatwo poddaje się modelowaniu, a jego ciągły ruch działa bardzo relaksująco. KINETIC SAND to również bardzo dobre narzędzie terapeutyczne, które może być stosowane w terapii SI, przy nadwrażliwości dotykowej, przy wzmocnieniu pracy rączki.

kinetic sand_4

kinetic sand_5

Przetestowałyśmy ten magiczny piasek i polecamy wszystkim dzieciakom  (i nie tylko) – wrażenia niezapomniane.

Zdrowo jem: BEZCUKROWE TARTALETKI CZEKOLADOWE Z WEGAŃSKIM MASCARPONE I CZEREŚNIAMI

Dzisiaj będzie nie tylko zdrowo ale i pięknie. Jak zobaczyłam to ciasto, to musiałam, po prostu musiałam je wypróbować. I opłaciło się!!! Jest na prawdę pyszne, a do tego niebiańsko wygląda. Niebo w gębie i na talerzu :) Tatrtaletki zawierają same zdrowe składniki: bakalie, orzechy, a nie dodajemy do nich cukru – zastępuje go ksylitol. Ksylitol w smaku i wyglądzie przypomina zwykły cukier,ale ma niski indeks glikemiczny – IG8, dzięki czemu może być stosowany przez diabetyków. Poleca się go również dla osób zagrożonych osteoporozą, (ułatwia przyswajanie wapnia i magnezu), próchnicą i paradontozą, a także jako środek pomocny w leczeniu infekcji górnych dróg oddechowych i grzybicy. Z powodzeniem może być stosowany przez osoby odchudzające się, gdyż jest o 40% mniej kaloryczny niż zwykły biały cukier , a ponadto spożywanie go powstrzymuje chęć sięgnięcia po słodycze. Dodatkowo ciasto jest całkowicie wegańskie, więc będzie niezłą gratką dla osób stosujących taki rodzaj diety oraz osób z alergiami pokarmowymi, gdyż nie zawiera: jaj laktozy, glutenu.

Z podanej ilości wyszło mi 6 tartaletek.

tartaletki z wiśniami_1

Składniki:

na spód:

  • 200 g suszonych daktyli;
  • ok. 100 g ekspandowanego amarantusa (można użyć pół na pół z gryką dmuchaną lub kaszą jaglana ekspandowaną);
  • 4 łyżki oleju kokosowego;
  • 4 łyżki melasy (obojętnie jakiej; można zastąpić syropem klonowym);
  • 1 łyżka mielonego siemienia lnianego;
  • 8 łyżek kakao – dobrej jakości;
  • 1 łyżka pasty waniliowej lub ekstraktu waniliowego;
  • 1 i 1/2 łyżeczki cynamonu;
  • 1/3 łyżeczki kardamonu;
  • szczypta gałki muszkatołowej;
  • szczypta soli.

Wszystkie składniki (oprócz ziarna ekspandowanego) dokładnie ze sobą zblenduj. Następnie dodaj ekspandowany amarantus (lub mieszankę) i wymieszaj dokładnie, najlepiej ręką. Struktura jest raczej gęsta, więc to mieszanie to takie wgniatanie amarantusa w pozostałą masę. Spody foremek wyłóż papierem (trzeba odrysować na papierze kilkakrotnie złożonym spód foremki i następnie wyciąć nieco mniejsze niż odrysowany kształt), a boki wysmaruj olejem kokosowym. Wypełnij foremki ciastem i dobrze ugnieć (tak żeby boki były wyższe niż spód), schowaj do lodówki na ok 1-2 godz.

tartaletki z wiśniami

masa:

  • 200 g orzechów nerkowca (namoczonych w wodzie przez noc);
  • 2/3 puszki mleka kokosowego;
  • 70 g ksylitolu (można dać mniej na początek i w razie czego dosłodzić);
  • 1 i 1/2 łyżki pasty waniliowej lub ekstraktu waniliowego lub ziarenka z jednej laski wanilii;
  • 2-3 łyżki soku z limonki;
  • 4 łyżki oleju kokosowego.

Wszystkie składniki dokładnie zblenduj na gładką masę. W razie potrzeby można dodać ksylitolu lub soku z limonki. Gotową masę przełóż na tartaletki i schowaj do lodówki na całą noc.

tartaletki z wiśniami_2

dodatkowo:

  • wydrylowane czereśnie;
  • płatki migdałowe.

Po schłodzeniu na stężoną masę nałóż czereśnie i ozdób płatkami migdałowymi. I pozostaje tylko delektować się tą pysznością. Smacznego!!!

tartaletki z wiśniami_3

tartaletki z wiśniami_4

Polecam oczywiście zakupy w sklepie ZDROWEKO, gdzie znajdziesz wszystkie składniki do przygotowania proponowanych przeze mnie pyszności.

sklep zdroweko.pl

Zdrowo jem: DYNIOWE MUFFINY Z CHIA

Dzisiaj „na tapecie” pyszne muffiny – idealne na drugie śniadania lub przekąskę w ciągu dnia. Nie są one ani słodkie, ani wytrawne – takie w sam raz. Pozwalają odzyskać energię, a co najważniejsze rewelacyjnie smakują. Dodatkową zaletą tych muffinów jest to, że zawsze wychodzą. Nie są one zbyt wymagające a przepis nie jest „aptekarski”. Najważniejsze, aby konsystencja była „ciastowata”. Trzeba pamiętać, ze nasiona chia lubią płyny i jeżeli konsystencja naszego ciasta zrobi się zbyt wodnista, należy dodać więcej nasion i sprawa załatwiona.

Podane ilości pozwalają upiec 12 – 16 sztuk. Mnie wyszło 16, ale to pewnie zależy od wielkości foremek na muffinki.

Składniki:

  • 100 g dyni (może być zmiksowana świeża; ja użyłam puree, które przechowuję od jesieni w zamrażarce, bo bardzo lubimy różne pyszności z dyni);
  • 240 g maki bezglutenowej (ja użyłam gryczanej i kasztanowej: mniej – więcej pół na pół );
  • 100 g mielonych migdałów (maki migdałowej);
  • szczypta mielonego cynamonu ;
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia;
  • garstka posiekanych liści bazylii;
  • garść nasion chia;
  • 2 jajka (osobno białka, osobno żółtka);
  • 2 – 3 łyżki stewii (nie miałam, użyłam cukru kokosowego);
  • 2 łyżki oliwy z oliwek (może być inny, np. olej ryżowy);
  • garstka pestek dyni.

muffiny dyniowe_1

muffiny dyniowe_2

PRZYGOTOWANIE:

Nagrzej piekarnik do 180 stopni . Jeżeli używasz świeżej dyni – zmiksuj. Wymieszaj dynię, mąki, cynamon, proszek do pieczenia, bazylię i nasiona chia. W osobnej misce dobrze wymieszaj żółtka, stewię i olej, a następnie dodaj mieszankę dyniową. Dodaj odrobinę wody aby uzyskać odpowiednia konsystencję. Ubij białka i delikatnie wymieszaj z pozostałą miksturą. Przełóż do formy wyłożonej papilotkami do muffinek i wstaw do piekarnika. Po około 5 minutach posypać muffiny nasionami dyni. Piecz jeszcze ok 15 – 20 minut (do tzw. suchego patyczka).Można podawać na ciepło lub zimno.

muffiny dyniowe_3

muffiny dyniowe_4

Bransoletka bezpieczeństwa

Szykując się na urlop, w ferworze walki z bagażami, ostatnią rzeczą o jakiej myślimy jest to, czy wszystko będzie ok, czy cali wrócimy i nie będzie kłopotów. Bo i po co czarnowróżyć przed wyczekanymi wakacjami! Słońce, plaża, słodkie nieróbstwo (możliwe w ogóle z dziećmi?). Chyba, że wolicie bardziej aktywne spędzanie czasu – wtedy mamy: tłok wielkich miast, gorąc, zabytki (ale też fajnie!). W centrum tego całego odpoczynko – zwiedzania są masze dzieciaki.
Podekscytowane, uradowane, pełne sił i energii by odkrywać nowe, w swoim małym wakacyjnym szaleństwie zapominają to, czego uczymy je przez cały rok: „pilnuj się rodziców”, „nie uciekaj”, „mów jak odchodzisz, żebyśmy wiedzieli gdzie jesteś”, etc., a i my bardziej wyluzowani dajemy im więcej swobody. Ale, ale.. Zanim pojedziemy na urlop i zanim zdążymy się całkowicie wyluzować, „dmuchnijmy na zimno” i zabezpieczmy nasze dziecię na wszelki wypadek.

Jeśli mamy chodzące, wyjątkowo ruchliwe dziecko (lub więcej niż jedno wyjątkowo ruchliwe df-skip-hop-plecak-ze-smycza-sowaziecko) możemy założyć mu smycz (tak, SMYCZ) 😉 Hmmm…czy to dobry pomysł? Sama nie wiem, w końcu dziecko to nie pies. Mimo, że Misia była, i nadal jest, ruchliwa (wstaje, żeby usiąść, siada, żeby wstać) nie musiałam nigdy uciekać się do takich metod. Może dlatego, że ona zawsze bardzo pilnował się na spacerach i nigdy nie oddalała sama. Jednak patrząc na 8 – miesięczną Polę zastanawiam się, czy już się w taki gadżet nie zaopatrzyć. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. W razie czego mam na uwadze bardziej „cywilizowaną” wersję smyczy, czyli plecak firmy Skip – Hop (bardzo lubimy ich produkty) z wbudowaną smyczą :)

A tymczasem coś dla dzieciaczków, które nie wymagają tak drastycznych metod :) Robiąc ostatnio zakupy w Rossmanie natrafiłam na bardzo fajny gadżet. Jest to opaska na rękę z miejscem gdzie możemy napisać imię dziecka i nr telefonu do rodzica. Oczywiście zakupiłam kilka sztuk tego cudeńka i Miska będzie dostawała taką „biżuterię” za każdym razem kiedy będziemy odwiedzać zatłoczone miejsca. Opaska jest wielorazowego użytku, dość mocna, odporna na wodę (nie rozpuści się po kąpieli w morzu), a przede wszystkim ładna i kolorowa. Polecam Wam, jeśli macie na uwadze bezpieczeństwo swoich dzieci.

opaska bezpieczeństwa

Rodzicem być – tylko kiedy?

Internet wrze po ostatniej kampanii Fundacji Mamy i Taty pt. „Nie odkładaj macierzyństwa na potem!”. Filmik, który promuje tą kampanię w skrócie wygląda tak: dobrze ubrana Pani w wieku około 35+ rozgląda się po swoim pięknym, świetnie urządzonym apartamencie (pewnie jakiś architekt maczał w tym palce). Jest bardzo szczęśliwa – chyba podoba jej się to co widzi. Wygląda do ogrodu i…mina jej rzednie. Ogród jest pusty, nikt w nim nie biega.
Dodatkowo kampania „zaopatrzona”  w stosowny billboard:

poziom-300x150

Na potrzeby kampanii przeprowadzono również badania na pewnej „próbce” Polaków. Wnioski są takie, że decyzje o macierzyństwie zapadają dziś coraz później. Statystyczna Polka rodzi pierwsze dziecko w wieku przeszło 27 lat (o! wpisałam się równo w statystykę 😉 ). A kiedy ma rodzić, jak wcześniej studiuje a potem szuka pracy?!? Czy jest w tym coś złego, że chce osiągnąć jaką – taką stabilizację finansową, żeby mieć co do garnka włożyć i za co kupić pieluchy?!? Nie te czasy kiedy to dzieci leżały na słomianych matach i były podcierane kawałkiem prześcieradła, na którym to leżały, a które następnie było podwijane i czekało na dalsze użycie (takie mrożące krew w żyłach historie parentingowe opowiadała mi moja babcia).

A i partnera właściwego czasem brak. Czasem pojawia się późno, to i macierzyństwo jest późne. Ale co to w ogóle znaczy „późne macierzyństwo”? Czy kobieta, która ma 35 lat jest stara? Czy jej ciało jest już stare i nie podoła zadaniu, jakim jest noszenie i karmienie dziecka przez 9 miesięcy? Nie wydaje mi się! Ludzie żyją coraz dłużej, więc wszystkie granice w naszym życiu przesuwają się. Jasne, że im jesteśmy starsi tym mamy mniej siły i wytrzymałości. Ale bez przesady. Moja przyjaciółka w zeszłym roku skończyła 37 lat i urodziła zdrowe, śliczne dzieciątko (co prawda nie pierwsze tylko trzecie, ale też się liczy) Nie widzę po niej, żeby była jakoś szalenie zmęczona, czy chociażby bardziej niż ja. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że synuś dodał jej wigoru i „odmłodniała”. Oczywiście po przekroczeniu pewnego wieku należało by się zastanowić nad celowością rodzenia dzieci (zwłaszcza jeśli chodzi o świadome podejmowanie tej decyzji – kwestia tzw. „wpadki” nie podlega w ogóle ocenie). Ale nie ze względu na siebie, tylko właśnie na to maleństwo, które ma przyjść na świat. Trzeba się zastanowić, czy podejmując decyzję o bardzo późnym macierzyństwie (hmmm.. powiedzmy po przekroczeniu 40-stki – zwłaszcza jeśli jest to pierwsze dziecko) nie obarczamy tego dziecka zbyt dużym „ciężarem” na przyszłość. Bo kiedy ono wejdzie w dorosłe życie i będzie miało pod opieką swoje dzieci (często jeszcze małe) może być zmuszone do opieki również nad rodzicami. No i wnuki mogą nie mieć szansy na poznanie dziadków. Dodatkowo dochodzi kwestia ryzyka wad wrodzonych jakimi obarczone są późne ciąże.

Posiadanie dzieci, nie ma co ukrywać, ogranicza pewne możliwości i przyjemności. Nie można wyskoczyć sobie z mężem na spontaniczną randkę, pojechać na romantyczny wyjazd kiedy i gdzie się chce. Wszystko musi być zaplanowane, a wycieczki i wakacje ustawione pod dzieci, żeby się nie nudziły. Kiedy stajemy się rodzicami nasz świat zmienia się o 180 stopni, staje na głowie, przestajemy myśleć „mogę”, a nasze życie zaczyna determinować „muszę”. Ale czy mimo wszystko warto? Moim zdaniem jak najbardziej! Moje córki są obie zaplanowane, wyczekane, kochane. Pierwsza pojawiła się 3 lata po ślubie, więc mieliśmy z Małżem czas żeby „pożyć”. Pewnie gdybyśmy nie mieli dzieci, to nasze konto byłoby pełniejsze (bo dzieci to skarbonka bez dna), zwiedzilibyśmy kilka ciekawych miejsc, o których marzymy (jeszcze nic straconego), moglibyśmy włóczyć się wieczorami po fajnych knajpkach, hipsterskich eventach, randkować i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy. A tymczasem znowu nie przesypiamy całych nocy, kino lub randkę zaliczamy tylko jak przyjeżdżają do nas rodzice i cierpimy na chroniczny brak czasu. Nie wspominając już o egoistycznej potrzebie usiądnięcia z kubkiem kawy i mienia wszystkiego w dupie (przy dzieciach to raczej niemożliwe). Na szczęście na horyzoncie majaczy nam perspektywa powrotu tych przyziemnych przyjemności, bo z biegiem czasu życie wraca do normy. Ale z drugiej strony dostaliśmy bezkresne morze bezinteresownej miłości, która rekompensuje wszystkie „straty”, a żadnej chwili spędzonej z moimi dziećmi nie zamieniłabym na możliwość bycia „wolną”. Dzieci ograniczają swobodę, ale nie wykluczają korzystania z życia.

A co z osobami, które nie chcą mieć dzieci w ogóle, nie czują tego instynktu? Czy powinny na siłę decydować się na posiadanie dzieci tylko dlatego, że powszechnie obowiązuje kanon idealnej rodziny 2+2 (najlepiej gdyby była to parka, wtedy rzekomo jest pełnia szczęścia)? Na dwoje babka wróżyła: instynkt może się pojawić wraz z pierwszym przytuleniem małego człowieka, albo może się nie pojawić w ogóle. I wtedy będziemy mieć nieszczęśliwą mamę i, co najgorsze, nieszczęśliwe dziecko. Może też być taka sytuacja, że instynkt się pojawi, ale bardzo późno i może to być za późno…Decyzja jest bardzo trudna i każdy musi zmierzyć się z tym problemem sam, tzn. z Małżem lub partnerem i nic nam do tego!

 

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Pinterest