Moim zdaniem

Jak zostać mobilnym rodzicem…

Posiadanie dzieci powoduje, że stajemy się mniej mobilni. Przynajmniej do pewnego czasu. Do czasu, kiedy nasze dziecko na tyle odrośnie od ziemi, że przestaje się plątać między nogami. I do tego właśnie czasu często rezygnujemy z niektórych wyjść czy wyjazdów z dzieckiem. Tak dla świętego spokoju, żeby nie tarabanić się z wózkiem, albo dlatego, że z tym wózkiem się nie da. Ale jest sposób na to, żeby jednak można było. Żeby można pójść na długi spacer bez wózka, żeby można było pojechać w góry, czy na jakąkolwiek inną wycieczkę lub, po prostu, załatwić „sprawy na mieście”. Ten sposób to chusta lub nosidło.

Chusta czy nosidło – trudny wybór!

Bezwózkowe przemieszczanie się z dzieckiem może być trudniejsze lub łatwiejsze. Wg. mnie trudniejsza jest chusta. Ciężko się zamotać w ten długaśny kawał materiału i jeszcze wpakować w to dziecko. Chociaż podobno jak się już załapie, to jest całkiem łatwo. Jednak Misia nie chciała współpracować, a przy Poli nawet nie podejmowaliśmy prób. Wybraliśmy łatwiejszy sposób, czyli nosidło. Zarówno Misia była zadowolona z tego wyboru, jak i Pola teraz nie narzeka :) Podstawowa różnica jest taka, że w chuście, zwłaszcza elastycznej, można nosić dziecko w zasadzie od urodzenia, natomiast nosidło jest odpowiednie dla dzieci, które osiągnęły ok. 7 kg lub skończyły 4 – 5 miesięcy (kiedy dziecko zacznie trzymać sztywno główkę). Jeśli chodzi o wybór chusty to w zasadzie nasz gust jest głównym odnośnikiem. Natomiast wybór nosidła, to zupełnie inna bajka. Ja przewertowałam cały internet w poszukiwaniu informacji na temat wyboru właściwego. Przede wszystkim musi to być nosidło ergonomiczne, czyli takie, które nie ma praktycznie żadnych usztywnień i pozwala przyjąć dziecku naturalną pozycję ciała. Dziecko noszone jest w takim nosidle w pozycji na „żabkę”, co pozwala na prawidłowy rozwój bioder, miednicy i kręgosłupa dziecka. W nosidle ergonomicznym możemy nosić dziecko zarówno z przodu (ale nie przodem do kierunku „jazdy”!) jak i z tyłu, na plecach. Na rynku jest spory wybór nosideł ergonomicznych (np. TULA, LennyLamb, Bondolino, Amazonas, Manduca), a jeśli chodzi o ceny, to trzeba liczyć się z wydatkiem od około 300 zł do 500 – 600 zł. My mamy nosidło firmy WOMAR Zaffiro z linii eco (tylko ta linia oferuje nosidła ergonomiczne – pozostałych nie polecam, dlaczego przeczytasz poniżej) i jesteśmy zadowoleni

Jeśli chodzi o korzyści z noszenia dziecka zarówno w nosidle, jak i w chuście to, przede wszystkim, zaspokajamy potrzebę bliskości i budujemy więzi, łatwiej jest nam pokonać bariery architektoniczne i mamy większą swobodę w przemieszczaniu się oraz mamy możliwość lepszej organizacji życia codziennego.

W minione wakacje Pola dość dużo czasu czasu spędziła w nosidle. Byliśmy nad morzem (nie sposób targać wózek po plaży…), byliśmy też na krótkiej wycieczce górskiej, bierzemy nosidło jak jedziemy na spacer po mieście, albo do urzędu. I odkryliśmy jeszcze jedną ogromną zaletę tego sposobu przenoszenia Poli. Do niedawna była ona „nieprzytulalna”, nie lubiła tulenia, a od kiedy pochodziła w nosidle zupełnie się to u niej zmieniło :)

20150814_160433

 
20150903_112059

20150903_112050

Wisidło (wisiadło) – rodzicu nie idź tą drogą!!!

Na rynku jest jeszcze coś, co również nazywa się nosidłem (niestety! – najpopularniejsze chyba jest firmy co to ma w nazwie dwie literki „b”), ale na pewno nie jest ergonomiczne (chociaż zdarza się, że ma w nazwie słowo „ergonomiczne”). Większość rodziców, którzy chcą kupić nosidło i nie zgłębią tematu, trafi, niestety, właśnie na ten produkt. Chodzi o nosidło twarde, czyli tzw. „wisidło”. I to jest jakaś MA SA KRA!!! Takie wisidło robi więcej szkody niż pożytku: przede wszystkim ma ono wąski pas materiału między nóżkami dziecka, przez co cały ciężar ciała spoczywa na jego kroczu, a nóżki dyndają sobie obok. Powoduje to zwiększenie ryzyka dysplazji stawów biodrowych. Poza tym, takie nosidło wykonane jest ze sztywnych, grubych materiałów, które wymuszają nienaturalną pozycję dziecka.

wisidło

Kolejne ZŁO wynikające z używania nosidła twardego, to pokusa noszenia dziecka przodem do „kierunku jazdy”, bo „dzieciątko może sobie lepiej oglądać świat…”. Bzdura! Nigdy, ale to NIGDY nie należy w ten sposób nosić dziecka! Dziecko jest narażone na nadmiar bodźców, jest wystawione na wszystkie zdarzenia, nie może się przed nimi schronić w ramionach opiekuna. Maluch nie ma możliwości przytulić się do rodzica, nie mówiąc już o spaniu. Nie jest też w stanie przyjąć prawidłowej pozycji ciała, jego kręgosłup nienaturalnie wygina się w drugą stronę, a główka nie ma podparcia. Dodatkowo przy takim sposobie noszenia ucisk na genitalia jest największy, więc nie może być to przyjemny sposób podróżowania :)

Ostatnimi czasy bardzo często spotykam mamusie noszące swoje dzieci w wisidle (nie wiem, może bardziej zwracam uwagę). I pewnego razu w hipermarkecie postanowiłam delikatnie zwrócić Pani uwagę, że może robi krzywdę swojemu dziecku nosząc je w takim nosidle i jeszcze frontem do świata (wiecie, tak normalnie, bez wywyższania się i umoralniania, jak matka matce – może kobita nie wie, że jest jakaś alternatywa), ale dostało mi się, że nie moja sprawa i mam się nie wtrącać (pani tak dość agresywnie zareagowała). No i wyleczyłam się z bezpośredniego naprawiania świata… Ale może komuś z Was przydadzą się moje rady i dobrze wybierzecie nosidło dla swojego Dziecia.

I na koniec zdjęcie, które znalazłam na Pintereście (sorki za słabą jakość), a które mnie zatrwożyło, na 132 sekundy zamarłam, padłam, podniosłam się i jeszcze raz padłam. OMG! Potrzeba matką wynalazków. Tylko czy te wynalazki są aby na pewno dobre….

ff16eb2df677dfb67f1495a1c393af1d

Wakacyjna harówka.

Jeśli wydaje Ci się, że wakacje z małym dzieckiem (takim powiedzmy do roku – półtora) to sielanka, cud – malina i błogi spokój, to się grubo mylisz. I biada Ci jeśli nie zdasz sobie z tego sprawy. Możesz mieć spaprany urlop i zły humor przez cały wyjazd. Ale jeśli… Ale od początku.

Byliśmy nad morzem. Wyjazd trochę nieplanowany, spontaniczny. Generalnie to mieliśmy jechać sami (ewentualnie z Miśką) i tylko na weekend, z racji tego, że 25-26 lipca w Gdyni był SeeBloggers, w którym miałam okazję uczestniczyć. Ale Małż stwierdził, że skoro mamy się tarabanić tyle kilometrów, to pojedźmy na kilka dni dłużej. I tak, nie dość, że zrobił nam się cały tydzień, to jeszcze pojechali z nami moi rodzice. Wakacje rozpoczęliśmy na Helu, a skończyliśmy weekendowo w Gdyni. Kiedy wyjeżdżaliśmy pogoda zapowiadała się przepięknie: słońce, gorąc. Nastawiłam się na plażowanie, wylegiwanie, czytanie gazet, książek i w ogóle pełen luuuz… (no! jeszcze wtedy taka naiwna byłam). Dojechaliśmy na miejsce, a tam… leje. Normalnie ulewa, oberwanie chmury i ziąb. A ja oczywiście przygotowana na odwrotność pogodową: w walizce jedna bluza, a poza tym cienko, lekko, zwiewnie. Michalina zafiksowana na plażę, że już, natychmiast, w związku z tym czarna rozpacz. Na szczęście następnego dnia wypogodziło się i mogliśmy przywitać się z morzem. Kolejny dzień to już super pogoda, więc zaraz po śniadaniu załadowaliśmy cały ekwipunek i wyruszyliśmy nad morze. Rozłożyłam się z leżaczkiem, gazetką i…hellloooł…co ja sobie myślałam!?! Że będzie, co najmniej, jak w zeszłym roku, kiedy Pola była po tamtej stronie brzucha? Że Małz z Misią do kopania dołów i budowania zamków, a ja w tym czasie relaksik? O jakże ja się myliłam! Owszem Miśka z tatą non-stoper w wodzie lub piachu się babrali, ale małego „karakanka” nie można było na sekundę z oka spuścić. Ba! Nawet z rąk wypuścić. Bo zaraz zabierała się do konsumpcji: piachu, kamieni, patyków, petów (sic!) i wszystkiego co udało jej się schwytać. Jak ja się cieszyłam kiedy następnego dnia nie musieliśmy iść na plażę. Przynajmniej nie na cały dzień. Ja natomiast przewartościowałam sobie wakacyjny światopogląd i nastawiłam się na przyjemność dzieci. Bo szczęście dzieci rodzi szczęście i święty spokój rodziców.

Pozostałe dni naszego wyjazdu nie „grzeszyły” idealną pogodą, przez co musieliśmy zapewnić dzieciom (w naszym przypadku to w sumie tylko Misi, bo Polciak na razie niewiele wymaga) moc atrakcji i rozrywkę. Były foki, i spacery, i latarnia w Helu. W Gdyni, natomiast dwa statki: „Dar pomorza” i ORP „Błyskawica”,oceanarium (pomyłka, kompletnie nie polecam), świetny plac zabaw przy plaży i Centrum Nauki EXPERYMENT, w którym Miśka spędziła z tatą 3 godziny i wołami trzeba było ją stamtąd wyciągać. Generalnie to wakacje były intensywne i…trochę męczące. Ja, ZŁA MATKA, marzę o tym, żeby na wakacjach odpocząć (od dzieci też, a co!), poleniuchować i mieć wszystko głęboko… Co nie zmienia faktu, że z dzieciami też jest super i spędziliśmy razem cudowne chwile…

20150720_110743

20150720_111646

20150720_114725

20150720_111303

20150722_193346

20150722_193439
20150722_193513

20150722_193655

20150722_120705

20150722_122408

20150721_202101

20150720_220158

20150725_142411

20150726_104604

20150726_182423

Czy jesteś w stanie zagłodzić swoje dziecko?

Dziś o jedzeniu. Za młodu byłam niejadkiem – przynajmniej taką łatkę mi przypięto. Czas posiłków to był koszmar dla mnie, dla rodziców, dziadków. Wszystkich, którym trafił się akurat wątpliwy przywilej uczestniczenia ze mną w posiłku. Ciągła nerwówka: no jedz!, dopychanie kolejnego kęsa, a moje policzki robiły się coraz większe. Jak u chomika. Mogłam tak godzinami trzymać poliki wypchane. Zawsze byłam chudziną (niestety z wiekiem z tego „wyrosłam”). Można było gołym okiem policzyć wszystkie żebra, a chude, patykowate nogi groziły połamaniem :) No ale kurcze jak ja miałam „zdrowiej” wyglądać skoro nie pozwoliłam wcisnąć w siebie więcej jedzenia niż mój organizm potrzebował, a dodatkowo byłam w ciągłym ruchu. Moja mama całe moje dzieciństwo zamartwiała się, że ja taka chuda, że pewnie chora (głównie za sprawą mojej babci, która za zdrowe uznawała tylko dzieci dobrze utuczone). I co? I nic. Chorowałam nie więcej niż moi rówieśnicy, a wyrosłam na zdrową, dobrze wyglądającą babkę. I patrząc tak z perspektywy czasu oraz obserwując z boku inne mamy postanowiłam, zanim jeszcze sama zostałam mamą, trzymać się pewnych zasad jedzeniowych i nie popełniać podstawowych błędów. Jakich? Lista poniżej.

Zdrowe dziecko samo się nie zagłodzi.

Dziecko wie kiedy jest głodne i kiedy jest najedzone. To, jak dużo je nasze dziecko, często spędza nam sen z powiek, zwłaszcza jeśli uważamy, że je za mało. Jeśli mamy w domu „niejadka” zaczynamy szukać sposobów na nakłonienie dziecka do jedzenia, odwiedzamy specjalistów, opracowujemy strategie i powoli odchodzimy od zmysłów („OMG ona pewnie umrze, jest chora…” etc.). Jeśli więc po przeprowadzeniu odpowiednich badań (no trzeba sprawdzić czy przypadkiem braku apetytu nie powoduje jakaś choroba – odpowiednie badania zleci lekarz) wyniki wskazują na to, że nasze dziecko jest zdrowe i ono zdrowo się rozwija, jest chętne do zabawy, wesołe to WYLUZUJ!!! Może ono mało je bo takie po prostu zapotrzebowanie, albo skłonności genetyczne (no właśnie i tu kłania się mamusia – niejadek; zresztą Małż raczej też z tych przecinkowatych – a teściowa nie raz opowiadała jak musiała się nagimnastykować żeby coś zjadł). Mądrzy naukowcy przeprowadzali kiedyś mądre badania i wyszło im, że dzieci jedzą mniej więcej tyle samo w dłuższych okresach czasu (np. tygodniowych), tzn nadrabiają ominięte posiłki w następnych dniach. W związku z tym rodzice, którzy twierdzą, że pociechy jedzą mało, powinni przez kilka dni zapisywać co i w jakich ilościach zjadł malec. Może się okaże, że wcale nie jest niejadkiem.

Gdy maluch odmawia zjedzenia posiłku to to, co możesz zrobić, to powziąć wszystkie siły jakie w Tobie drzemią i spróbować zachować całkowity spokój (wiem, wiem, łatwo się mówi). Dzieci mają w sobie taki radarek (jeden z kilku), który wyczuwa negatywne emocje szybciej, niż my sami potrafimy się do nich przyznać. Zatem gdy dziecko odmawia jedzenia, zabierz talerz, nie komentuj, nie proś, nie błagaj, nie złość się. I nie proponuj mu nic nowego – żadnych przekąsek, deseru. Nie rób tragedii, że nie zjadło obiadu – POZWÓL mu POCZUĆ GŁÓD i zjeść w związku z tym następny posiłek z apetytem.

Leci samolocik, leci.

Śmieszy mnie niezmiernie (chociaż to raczej tragiczne) jaką kreatywnością wykazują się niektóre mamusie (i tatusiowie, dziadkowie też), żeby wcisnąć jedzenie w swoje dzieci. Kiedy Misia miała tak mniej – więcej rok zaczęła samodzielnie jeść. Oczywiście na początku to było jedzenie łapkami. Zasiadała wtedy przed wielkim talerzem z gotowanymi warzywami i mięskiem lub rybką i wcinała.

45

Słodki widok – uśmiecham się na samo wspomnienie. Wielka radość i satysfakcja z własnej samodzielności. Boisz się, ze Twoje upaprze wszystko dookoła? No i co z tego! Moje też paprało. Siebie, stół i podłogę. Kup duży śliniak – ochronisz ciuchy. Resztę można po skończonym posiłku przetrzeć. A jeśli uważasz, że to za dużo roboty, kup Wyborczą albo Rzeczpospolitą i wyłóż podłogę wokół krzesełka (po posiłku zwiń i wyrzuć). No właśnie KRZESEŁKO – wygodne i łatwe w czyszczeniu (my mamy takie zwykłe, drewniane z IKEI, bez żadnych bajerów). Jak tylko dziecko nauczy się siedzieć przesadzamy je z leżaczków (i tym podobnych niemowlęcych gadżetów służących do początkowego karmienia) na krzesełko. A krzesełko ma stać przy stole, przy którym zwykle jemy posiłki. Kiedy dziecko wyrośnie z krzesełka nadal powinno jeść przy stole (możesz zakupić mu specjalny podwyższacz – niedługo pojawi się na blogu), nie z doskoku (kęs, biegnie się bawić i znowu wraca na kęs – NIE, NIE, NIE!). Ty też nie biegaj za dzieckiem z talerzem (chyba, że traktujesz to jako fitness, ale pomyśl jak będziesz wyglądać w restauracji albo u znajomych – raczej SŁABO!). Niedozwolone są wszelkie formy aktywności fizycznej w trakcie posiłku. Mam na myśli np. wychodzenie z dzieckiem i jedzeniem na huśtawki (tak, tak znam takie przypadki). Nie urządzaj też zabaw w trakcie posiłku. Chodzi mi o zabawy w piratów na odwróconym stoliku albo wyścigówki w stoliku/ławie z wyciągniętą wcześniej szybą – historia zna takie przypadki. Posiłki spożywane przed telewizorem to jakaś pomyłka. Albo podsuwanie zabawek, które mają zająć uwagę dziecka (Małż dostawał stare radio do rozkręcania i skręcania). MA-SA-KRA. Dziecko ma jeść ŚWIADOMIE. Ma wiedzieć co je, ile je i, przede wszystkim, że w ogóle je. No i te nieszczęsne samolociki, czy formułki „za mamę, tatę, babcię, dziadka, sąsiadkę, psa, kota, szczura…”. Dziecko ma zjeść tyle, ile potrzebuje i nie ma sensu wmuszać w nie kolejnych porcji jedzenia. Częstym błędem jest podawanie zbyt dużych porcji jedzenia. Dzieci mają znacznie mniejszy żołądek niż dorośli i dlatego ich porcje powinny być co najmniej o połowę mniejsze, niż te, które zjadamy my. Maluchy w wieku od 1 do 3 lat potrzebują około 1000 kalorii dziennie, starszaki (4-6) lat o 400 kcal więcej, a dzieci szkolne (7-9 lat) około 1800 kalorii na dzień. No i oczywiście trzeba pamiętać, że jedne dzieci jedzą mniej, inne więcej, dlatego porównywanie z rówieśnikami mija się z celem.

Nie rób małemu co tobie niemiłe.

Jak już mówiłam (pisałam, znaczy się) często dzieci dostają za duże porcje. Nawet jeśli wydaje Ci się, że porcje są odpowiednie, zasada jest taka, że dziecko nie musi zjeść wszystkiego co ma na talerzu. Zapomnij o zasadzie „nie odejdziesz od stołu dopóki talerz nie będzie pusty”. Toż to podchodzi pod przemoc psychiczną! Traktuj dziecko nie jak swoją własność, której możesz narzucić swoją wolę. Traktuj je jak mniejszą wersję dorosłego. Czy nad Tobą w trakcie posiłku stoi ktoś z batem? Chyba nie wyobrażasz sobie takiej sytuacji? Ja sobie nie wyobrażam! Więc teraz postaw się w sytuacji dziecka. Drugą sprawą jest to, że dziecko ma prawo jeść to co lubi. Albo inaczej: ma prawo nie jeść tego, czego nie lubi. Nie oszukuj dziecka w kwestii podawanych pokarmów. Chyba nie czuła bym się komfortowo, gdyby ktoś serwował mi np owoce morza, których nie cierpię, mówiąc, że to kurczak i jeszcze zmuszał mnie do zjedzenia tego. Na pewno szybko bym się nabawiła wstrętu do jedzenia. My z Misią mamy taką niepisaną umowę (z Polką też będziemy chcieli takową zawrzeć), że musi spróbować wszystkiego. Chociaż mały kawałeczek, mały kęsik, małą łyżeczkę. A nuż jej zasmakuje. Ale zawsze ma prawo powiedzieć, że jej nie smakuje. Wiele już było takich potraw, o których Miśka mówiła „nie lubię”, „niedobre” z zasady, bez spróbowania, a które po spróbowaniu (czasem przymuszonym) okazywały się pyszne, a nawet ulubione.

Wszyscy jesteśmy estetami

Jedzenie jest przyjemnością. Powinno być. To prawda absolutna. Pozwólmy naszym dzieciom w ten sam sposób odbierać tę czynność. Jeśli za młodu nabierze dobrych nawyków, to i nam i jemu będzie łatwiej w przyszłości. Wiadomo nie od dziś, że jedzenie jest jeszcze przyjemniejsze jeśli jest ładnie podane. Zainwestuj więc w specjalną „zastawę” dla dzieci. Nie musi to być nie wiadomo co. Wystarczy, ze będzie to talerzyk i kubek z ulubionym bohaterem twojego dziecka. my już „przechodziliśmy” przez Kubusie Puchatki i księżniczki. Teraz estetyka jej się trochę zmienia, co mnie niezmiernie cieszy, bo wcześniej to jakoś  nie moja bajka.

zastawa

zastawa_kubuś

zastawa_jeż

Rodzicem być – tylko kiedy?

Internet wrze po ostatniej kampanii Fundacji Mamy i Taty pt. „Nie odkładaj macierzyństwa na potem!”. Filmik, który promuje tą kampanię w skrócie wygląda tak: dobrze ubrana Pani w wieku około 35+ rozgląda się po swoim pięknym, świetnie urządzonym apartamencie (pewnie jakiś architekt maczał w tym palce). Jest bardzo szczęśliwa – chyba podoba jej się to co widzi. Wygląda do ogrodu i…mina jej rzednie. Ogród jest pusty, nikt w nim nie biega.
Dodatkowo kampania „zaopatrzona”  w stosowny billboard:

poziom-300x150

Na potrzeby kampanii przeprowadzono również badania na pewnej „próbce” Polaków. Wnioski są takie, że decyzje o macierzyństwie zapadają dziś coraz później. Statystyczna Polka rodzi pierwsze dziecko w wieku przeszło 27 lat (o! wpisałam się równo w statystykę 😉 ). A kiedy ma rodzić, jak wcześniej studiuje a potem szuka pracy?!? Czy jest w tym coś złego, że chce osiągnąć jaką – taką stabilizację finansową, żeby mieć co do garnka włożyć i za co kupić pieluchy?!? Nie te czasy kiedy to dzieci leżały na słomianych matach i były podcierane kawałkiem prześcieradła, na którym to leżały, a które następnie było podwijane i czekało na dalsze użycie (takie mrożące krew w żyłach historie parentingowe opowiadała mi moja babcia).

A i partnera właściwego czasem brak. Czasem pojawia się późno, to i macierzyństwo jest późne. Ale co to w ogóle znaczy „późne macierzyństwo”? Czy kobieta, która ma 35 lat jest stara? Czy jej ciało jest już stare i nie podoła zadaniu, jakim jest noszenie i karmienie dziecka przez 9 miesięcy? Nie wydaje mi się! Ludzie żyją coraz dłużej, więc wszystkie granice w naszym życiu przesuwają się. Jasne, że im jesteśmy starsi tym mamy mniej siły i wytrzymałości. Ale bez przesady. Moja przyjaciółka w zeszłym roku skończyła 37 lat i urodziła zdrowe, śliczne dzieciątko (co prawda nie pierwsze tylko trzecie, ale też się liczy) Nie widzę po niej, żeby była jakoś szalenie zmęczona, czy chociażby bardziej niż ja. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że synuś dodał jej wigoru i „odmłodniała”. Oczywiście po przekroczeniu pewnego wieku należało by się zastanowić nad celowością rodzenia dzieci (zwłaszcza jeśli chodzi o świadome podejmowanie tej decyzji – kwestia tzw. „wpadki” nie podlega w ogóle ocenie). Ale nie ze względu na siebie, tylko właśnie na to maleństwo, które ma przyjść na świat. Trzeba się zastanowić, czy podejmując decyzję o bardzo późnym macierzyństwie (hmmm.. powiedzmy po przekroczeniu 40-stki – zwłaszcza jeśli jest to pierwsze dziecko) nie obarczamy tego dziecka zbyt dużym „ciężarem” na przyszłość. Bo kiedy ono wejdzie w dorosłe życie i będzie miało pod opieką swoje dzieci (często jeszcze małe) może być zmuszone do opieki również nad rodzicami. No i wnuki mogą nie mieć szansy na poznanie dziadków. Dodatkowo dochodzi kwestia ryzyka wad wrodzonych jakimi obarczone są późne ciąże.

Posiadanie dzieci, nie ma co ukrywać, ogranicza pewne możliwości i przyjemności. Nie można wyskoczyć sobie z mężem na spontaniczną randkę, pojechać na romantyczny wyjazd kiedy i gdzie się chce. Wszystko musi być zaplanowane, a wycieczki i wakacje ustawione pod dzieci, żeby się nie nudziły. Kiedy stajemy się rodzicami nasz świat zmienia się o 180 stopni, staje na głowie, przestajemy myśleć „mogę”, a nasze życie zaczyna determinować „muszę”. Ale czy mimo wszystko warto? Moim zdaniem jak najbardziej! Moje córki są obie zaplanowane, wyczekane, kochane. Pierwsza pojawiła się 3 lata po ślubie, więc mieliśmy z Małżem czas żeby „pożyć”. Pewnie gdybyśmy nie mieli dzieci, to nasze konto byłoby pełniejsze (bo dzieci to skarbonka bez dna), zwiedzilibyśmy kilka ciekawych miejsc, o których marzymy (jeszcze nic straconego), moglibyśmy włóczyć się wieczorami po fajnych knajpkach, hipsterskich eventach, randkować i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy. A tymczasem znowu nie przesypiamy całych nocy, kino lub randkę zaliczamy tylko jak przyjeżdżają do nas rodzice i cierpimy na chroniczny brak czasu. Nie wspominając już o egoistycznej potrzebie usiądnięcia z kubkiem kawy i mienia wszystkiego w dupie (przy dzieciach to raczej niemożliwe). Na szczęście na horyzoncie majaczy nam perspektywa powrotu tych przyziemnych przyjemności, bo z biegiem czasu życie wraca do normy. Ale z drugiej strony dostaliśmy bezkresne morze bezinteresownej miłości, która rekompensuje wszystkie „straty”, a żadnej chwili spędzonej z moimi dziećmi nie zamieniłabym na możliwość bycia „wolną”. Dzieci ograniczają swobodę, ale nie wykluczają korzystania z życia.

A co z osobami, które nie chcą mieć dzieci w ogóle, nie czują tego instynktu? Czy powinny na siłę decydować się na posiadanie dzieci tylko dlatego, że powszechnie obowiązuje kanon idealnej rodziny 2+2 (najlepiej gdyby była to parka, wtedy rzekomo jest pełnia szczęścia)? Na dwoje babka wróżyła: instynkt może się pojawić wraz z pierwszym przytuleniem małego człowieka, albo może się nie pojawić w ogóle. I wtedy będziemy mieć nieszczęśliwą mamę i, co najgorsze, nieszczęśliwe dziecko. Może też być taka sytuacja, że instynkt się pojawi, ale bardzo późno i może to być za późno…Decyzja jest bardzo trudna i każdy musi zmierzyć się z tym problemem sam, tzn. z Małżem lub partnerem i nic nam do tego!

 

„Bo fantazja, fantazja…

… bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego”. Pamiętacie pewnie z dzieciństwa piosenkę Fasolek. Ale dziś nie o piosenkach dla dzieci, ale o tytułowej fantazji, wyobraźni i o tym jak ją rozwijać u dzieci.

Maluchy mają nieograniczoną fantazję, w ich małych główkach roją się niestworzone obrazy i historie. To plac zabaw zmienia się w piracki okręt, a w piaskownicy zakopany jest prawdziwy skarb i  „mamooo… on jest na prawdę złoty, ale nie powiemy Wam co to, bo to tajemnica”. To znowu coś czai się i czyha w zakamarkach pokoju (u nas pod łóżkiem kryły się różne strachy i Miśka sama znalazła na to taki sposób: wrzuca pod łóżko maskotkę przyjaznego potwora Jamesa Sullivana, zwanego Sulleyem i on ma za zadanie strzec ją przed innymi złymi – dzięki temu już się nie boi). Jeżeli nie będziemy stymulować (ale nie prądem, nie) naszych dzieci i pobudzać ich wyobraźni, to ta naturalna zdolność zacznie zanikać, a wynikiem tego jest brak kreatywności.

Co to w ogóle jest wyobraźnia? Jest to zdolność do przywoływania i tworzenia w myślach wyobrażeń. Jest to zdolność do wyobrażania sobie czegoś, do przewidywania, odtwarzania. Często wyobraźnię utożsamia się ze skłonnością do fantazjowania i z imaginacją. Ogólnie rzecz biorąc wyobraźnia to proces odpowiedzialny za powstawanie wyobrażeń. Wyobrażenia natomiast są to obrazy przedmiotów, scen czy zjawisk pojawiające się pod ich nieobecność lub obrazy przedmiotów, scen czy zjawisk nieistniejących w rzeczywistości.

Psychologowie są zgodni, że wyobraźnia ma ogromne znaczenie w procesie uczenia się i kształtowania inteligencji dziecka. Wyobrażenia to domena prawej półkuli mózgu, za słowa, logiczne myślenie, cyfry odpowiada natomiast lewa półkula mózgu. Synchronizacja obu półkul umożliwia sprawniejsze przyswajanie danych. Większość metod szybkiego uczenia się i zapamiętywania bazuje właśnie na wyobraźni. Poza tym wybujała wyobraźnia niesamowicie rozwija kreatywność, a także świetnie wpływa na rozwój mowy i słownictwa.

Skoro wyobraźnia jest taka ważna, nie tylko w czasie zabawy, ale również procesie nauki i zapamiętywania, to warto wspomóc nasze maluchy w jej rozwijaniu. Kilka sposobów jak podtrzymać i rozwinąć niesamowitą pomysłowość i wyobraźnię u dzieciaków:

1. czytanie książek – zaczynamy jak najwcześniej i czytamy kiedy tylko się da, a już obowiązkowo wieczorem, przed snem. Bajki, baśnie wierszyki – cokolwiek. Nic tak nie pobudza wyobraźni jak podróż do świata czytanej bajki, kiedy trzeba wymyślić jak wyglądają bohaterowie i ich świat. Pozwólmy dzieciom, jeśli maja na to ochotę, dopowiadać alternatywne przygody bajkowych postaci. My zaczęliśmy czytać Misi jak była bardzo mała, do snu. Jedną z pierwszych książek, która została jej przeczytana, był „Pan Tadeusz” (nie nie znęcamy się nad dziećmi, po prostu tatuś chciał sobie przypomnieć nasze narodowe dzieło, a ona była na tyle malutka, że było jej obojętne czego słucha). Z biegiem czasu dorobiliśmy się ulubionych książek, które były czytane po kilka razy (taka chyba przypadłość dzieci) i, w zasadzie, nauczone na pamięć. Jeśli zdarzyło nam się pomylić to Michaśka zawsze poprawiała nas z wielkim wyrzutem.

2. słuchanie audiobooków – w zasadzie posiada wszystkie cechy czytania książek, ale bez naszego zaangażowania. To świetny sposób na zajęcie dziecka w samochodzie. Nasze radio zostało „przejęte” przez Miśkowe audiobooki. I tak jak w przypadku książek, po skończeniu danej bajki zaczynamy ja od początku (w zależności od tego co mamy w danym momencie „na tapecie”). Często audiobooki pokrywają się z książkami, które akurat czytamy. Mogę polecić Wam kilka świetnych książek do słuchania: przede wszystkim „Kubuś Puchatek” i „Chatka Puchatka” i cudownym głosem Pana Janusza Gajosa (Kłapouchy w jego wykonaniu to mistrzostwo świata) oraz Pani Jungowska ze swoją interpretacją „Dzieci z Bullerbyn”, „Pipi Pończoszanki” i „Korlsona z dachu”. Po drodze były jeszcze jakieś wierszyki, i inne bajeczki, ale jakoś nie zdobyły serca Misi. Te audiobooki sa na prawdę fajnie przygotowane, tak, że nawet nam nie przeszkadza słuchanie ich na okrągło, a i porozmawiać możemy spokojnie.

3. opowiadanie bajek – podobnie do książek, w niezwykły sposób rozwijają wyobraźnię dziecka. Opowiadając je można dowolnie kreować losy bohaterów, np. wplatać wydarzenia z życia dziecka, z którymi sobie nie radzi. Pozwalajmy również dzieciom czynnie uczestniczyć w opowiadaniu tych historii. W naszym domu mistrzem opowiadania bajek jest Małż. Ma niesamowitą łatwość wymyślania i tworzenia, a jego konikiem są „ryceżowie”. Opowiadaniu bajek zawsze towarzyszy mnóstwo śmiechu.

4. tworzenie „dzieł artystycznych” – rysowanie, malowanie, wyklejanie, itp. Myszata bardzo lubi różnego rodzaju prace plastyczne i często wygląda to tak, ze ja jej coś rysuję a ona to wykańcza.

5. zabawa w teatr i odgrywanie ról – dzięki temu można odgrywać wymyślone historie lub historie życiowe. Teatrzyk może być z „żywymi” aktorami, pacynkami, albo może być teatrem cieni (wcześniej można wspólnie przygotować rekwizyty i postaci)

6. okoliczności przyrody – patrzcie razem na chmury i opowiadajcie co widzicie. To świetna zabawa dla całej rodziny, każdy widzi coś innego, zwykle coś, co dla niego akurat jest ważne (podświadomość?).

Jest jeszcze wiele innych kreatywnych zabaw dla dzieci, które pobudzają rozwój wyobraźni. Najważniejsze, żeby Wam również sprawiał to przyjemność. Jeśli lubicie szaloną, dziką zabawę nie ograniczajcie się (Małż i Miśka biegający po domu w czapkach pirackich z mieczami zrobionymi z tektury – radość dziecia bezcenna). Pamiętajcie, ze komputer i telewizor nie sprzyjają rozwojowi wyobraźni, a czas poświęcony na zabawę z dzieckiem nigdy nie jest czasem straconym.

Mama, mamusia…

Jest najważniejszą osobą w życiu każdego dziecka, dzięki niej w ogóle jesteśmy.

Kim jest mama? Jest aniołem stróżem, całodobową nianią dostępną na każde zawołanie, najdelikatniejszą pielęgniarką i lekarzem specjalistą, policyjnym negocjatorem i sprytnym dyplomatą, gdy mały terrorysta próbuje przejąć kontrolę nad światem.
Poza tym jest psychologiem (i to z jaką praktyką!) i lekiem na całe zło, nauczycielką i korepetytorem od wszystkiego, dietetykiem i ekspertem żywieniowym, znawcą i krytykiem literatury dziecięcej, aktorem, który umie wcielić się w każdą rolę, a czytając książki świetnie intonować głos i przyjąć odpowiednią minę, artystą o wielu specjalizacjach – ciastolina, rysunek: kredkami i palcami, na szkle i na chodniku, animatorem zabaw. No i oczywiście mama jest: kucharką, praczką, sprzątaczką, szoferem, budzikiem, księgową, bankomatem… czy na tym koniec? Raczej nie. Trzeba jeszcze dodać bezcenną umiejętność, którą każda mama musi posiadać, a mianowicie musi umieć być dzieckiem. Dzieckiem, które z nieudawaną radością (choćby padała na pysk) tarza się w śniegu, turla się po dywanie, przebiera lalki, rysuje, lepi, buduje, bawi się w farmę, śmieje się z dziecięcych dowcipów i z przejęciem słucha sekretów…

Najlepszą nagrodą dla mam, które kładą się każdego wieczora do łóżka, wyczerpane po ciężkim dniu wypełnionym sprzątaniem, gotowaniem, karmieniem, przytulaniem, przewijaniem jest słodki buziak i zwykłe – niezwykłe „kocham Cię” . To daje energię do tego, żeby następnego dnia (nawet po nieprzespanej nocy, bo małe ma gorączkę) wstać i dalej robić to samo.

Bycie rodzicem wcale nie jest łatwe. Bo nikt nie jest w stanie tak Cię wk….ć jak własne dziecko (czasami jeszcze mąż dorównuje) i jednocześnie nikogo tak bardzo nie kochasz jak własne dziecko. Zanim zostałam mamą nie wiedziałam, że mam w sobie takie pokłady cierpliwości (ja nerwus i choleryk!). Nie wiedziałam, że można odczuwać taki strach (jak strach o dziecko), a jednocześnie na zewnątrz emanować spokojem, żeby ono nie wiedziało, że coś jest nie tak. Przeczytałam dziś bardzo ciekawą rzecz, która, myślę, w pełni pokazuje czym jest matczyna miłość:

Nigdy nie zatrzymałam samochodu, tylko po to, żeby popatrzeć na krowy.

Nigdy nie byłam skłonna oddawać komuś ostatniego pysznego gryza.

Nigdy nie planowałam wycierać czyichś glutów własną ręką.

Nigdy nie myślałam, że moja pralka świetnie pierze piasek i kamyki.

Nigdy nie sądziłam, że mój pocałunek ma moc uzdrawiania.

Nigdy… Aż do momentu gdy urodziłam Ciebie.

Ja bym dodała jeszcze do tego elementy z zakresu „macierzyństwo non-fiction: zawsze jem w biegu, zaczęłam nosić przepastne torebki, żeby wszystkie dzieciowe przybory mi się zmieściły, wychodzę na zakupy po coś ładnego dla siebie, a wracam z torbami pełnymi ciuchów dziecięcych (a dla siebie już niekoniecznie), po kieszeniach mam poutykane kamyki, szyszki, patyki i takie różne okoliczności flory.

Jednak biorąc pod uwagę wszystkie plusy i minusy za nic na świecie nie zrezygnowałabym z bycia mamą! Nawet na jedną chwilkę – bo każda jest inna, a wszystkie cenniejsze niż złoto!

Nie zapomnijcie dzisiaj o kwiatach i buziaku dla mamy!!

5131000

Rzecz o „zarazie” i czaso braku

Mamy czasy jakie mamy… Ciągle gdzieś pędzimy, czas nas goni. Ciągle w biegu, pospieszamy siebie, dzieci. Pędzimy z pracy po dziecko do przedszkola/szkoły, na zakupy, do urzędu, do lekarza. Jeszcze te zajęcia dodatkowe, na które też trzeba zdążyć. Na końcu pędzimy do domu ,bo już późno. A tam…mamy tyle rzeczy do zrobienia: ugotować obiad, posprzątać, uprasować. Zawsze jest coś…zawsze brakuje nam czasu.
A w samym centrum tego całego pędu są jeszcze dzieciory. I one nie ułatwiają nam wcale sprawy. Co się dzieje gdy wreszcie wrócimy do domu po maratonie załatwiania spraw przeróżnych? Albo kiedy mamy dzień wolny i zostajemy w domu i mamy czas spokojnie wszystko w domu ogarnąć: posprzątać, poprać, i nawet odpocząć przy kawce i gazetce lub facebook’u ;)? Ano właśnie, te dzieci nasze ukochane wołają: mamo/tato chodź się pobawić, chodź na spacer, itp. I w tym momencie często nasze relacje są zżerane przez paskudną „zarazę”. Bo co zwykle dzieć słyszy w takich chwilach? Oczywiście: ZARAZ (alternatywna wersja: za chwilę): zaraz się tobą pobawię tylko sprzątnę, zaraz pójdziemy tylko wstawię pranie, zaraz, zaraz, zaraz…. A po jednej rzeczy do zrobienia mamy następną, bo przecież trzeba to zrobić, a życie nie polega tylko na zabawie. A dziecko czeka, czeka, czeka…

Dzieci chcą się bawić i spędzać z nami czas, potrzebują tego. Niestety życie w XXI wieku, zwłaszcza w dużych miastach sprawia, że jesteśmy zabiegani, zmęczeni i ciągle brakuje nam wolnej chwili. Problemem jest również system pracy i to, że często stawiamy ją pierwszym miejscu, bo przecież musimy zarabiać na życie i przyjemności (a jakże, nie da się powietrzem żyć). W pracy spędzamy mnóstwo czasu, bierzemy nadgodziny, pracujemy w dni wolne. Wszystko po to, aby nasze dzieci miały to, czego zapragną. A one pragną nas, naszego czasu i uwagi. Przerażające jest to ile czasu dzieci spędzają z „obcymi ludźmi” (nianią czy w przedszkolu), zamiast z rodzicami. To rodzice stają się obcy dla swoich dzieci. Bo co rodzice mogą wiedzieć o swoich dzieciach jeśli zostawiają je w przedszkolu o 6:30 a odbierają o 17:30 (a w domu jest jeszcze tyle do zrobienia, że na wszystko brakuje czasu)?

Fakt, przyznaję się bez bicia, że i naszą rodzinę, wcale nie tak rzadko, zżera „zaraza”, bo też musimy ogarnąć chałupę, zrobić zakupy, coś zjeść. I Myszata się strasznie wkurza, jak słyszy zaraz albo za chwilę, a często musi bawić się sama. Ostatnio, kiedy Małż (o zgrozo!) zabrał się za kolejne koszenie trawnika, stwierdziła, że wiosną i latem tata nic nie robi tylko z kosiarką chodzi. I dlatego jej plan jest taki, żeby tatusiowi zorganizować kosiarę, która sama kosi, albo chociaż mini traktorek :) Jednak staramy się tak organizować, żeby codziennie któreś z nas (jeżeli nie możemy razem) mogło poświęcić jej czas. Albo chociaż tak organizujemy prace konieczne, żeby ją zaangażować i żeby nie czuła, że mamusia i tatuś znowu MUSZĄ coś zrobić i nie mogą się pobawić. i tak np. ostatnio współpracowałyśmy przy plewieniu chwastów (wiem, mało interesujące, ale wyszła nam całkiem zacna zabawa): ja rwałam chwasta a Misiek wywoził na mini taczce. Natomiast z tatą zawsze jest świetna zabawa przy kopaniu, bo można mnóstwo dżdżownic powyciągać, pogadać z nimi i znaleźć im nowy domek (ble…paskudne robale, ale nie dla mojego dziecka – jej dewiza to: robal mój kumpel).

Niby jesteśmy bardziej świadomymi rodzicami. Niby więcej wiemy, że trzeba okazywać czułość, zainteresowanie. Niby ciągle się rozwijamy. Ale naszą bolączką jest czas, a dokładnie jego brak. Nasze dzieci są samotne, często muszą same radzić sobie ze swoimi problemami. Zabiegani rodzice zadowalają się zdawkową odpowiedzią „OK” na, w sumie równie zdawkowe pytanie: co w szkole/przedszkolu. I tak powoli więź, która była bardzo silna gdy dzieci były małe, z nieubłaganym biegiem czasu coraz bardziej się osłabia. To teraz gdy dziecko jest małe mamy czas, żeby budować więź, by zapracować na to, że gdy mały człowiek przestanie być już mały, to będzie nie tylko naszym dzieckiem, ale stanie nie naszym przyjacielem. To nie jest proste zadanie, ale jeśli się uda to nasze nastoletnie (czy później dorosłe) dziecko nie będzie chciało za wszelką cenę wymiksować się z domu, ale przeciwnie – chętnie będzie zapraszać do domu przyjaciół, będzie spędzać z nami czas. Na szczęście dzieci kochają bezwarunkowo i są w stanie wybaczyć praktycznie wszystko. Ale do czasu… W pewnym momencie może okazać się, że przekroczyliśmy cienką granicę czasu, czasu, który straciliśmy i, że ten (jeszcze nie tak dawno) mały człowieczek jest już dużym człowiekiem, którego kompletnie nie znamy, który ma swoje sprawy i dla którego jesteśmy po prostu rodzicami, nikim więcej. I wtedy będzie już za późno…

A może by tak zwolnić, odpuścić sobie to sprzątanie, zrezygnować z nadgodzin w pracy. Przecież nic się nie stanie jak gary poleżą do jutra w zlewie (przynajmniej zmywarka sobie odpocznie), jak trochę paprochów powala się jeszcze po podłodze, jak w pralnie urośnie kolejna mała górka prania, jak ta cholerna trawa jeszcze z centymetr urośnie i jak zarobimy ciut mniej. Jedźmy na wycieczkę, do parku, chodźmy na spacer, porzucać frisbee, poszukać jaszczurek, albo po prostu powygłupiać się. Powoli, bez pośpiechu spędźmy ze sobą czas. Przestańmy odsuwać dziecięcą potrzebę bliskości na ZARAZ. Radość w małych oczkach, uśmiech na buźce i ten dziecięcy chichot są bezcenne i żadne bogactwa świata nie zastąpią nam tego.

DSC_0266

Świetną metodą na poznanie swojego dziecka i zbudowanie więzi są wieczorne pogaduchy. W związku z tym, że to ja oporządzam codziennie wieczorem Misię (małą Polą zajmuje się tatuś) to wypracowałyśmy sobie taki rytuał: w łóżku, po przeczytaniu bajki zawsze mamy czas na rozmowę: o tym co działo się w ciągu dnia, co nas rozweseliło, co zasmuciło. I muszę powiedzieć, że moja córa uwielbia te rozmowy, sama się ich domaga („mamusiu jeszcze nie porozmawiałyśmy, musimy porozmawiać”). I nawet jeśli wiem, że jest już późno i, że goni nas czas i ona powinna już spać, bo rano będzie nieprzytomna, nigdy nie odmawiam jej tych rozmów. Bardzo dużo dowiaduję się o swoim dziecku (tylko trzeba odpowiednio pytać – nie ogólnikowo tylko konkret), a ona o mnie. Wszystkim mającym dzieci polecam wieczorne pogawędki.

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Pinterest