Moim zdaniem

Nie lubię…

Nie lubię nie mieć czasu. Czasu dla siebie, na robienie tego co chcę i kiedy chcę.

Nie lubię pić w pośpiechu popołudniowej kawy, ze skaczącym potworkiem na kolanach.

Nie lubię nie móc wyjechać na romantyczny weekend z Małżem. Niby nie jest to niemożliwe, ale konieczne jest uruchomienie wcześniej całej siatki planująco – strategicznej. A ja wolę na spontanie…

Nie lubię na wakacjach nie móc poleżeć na plaży z książką i przysnąć kiedy mi przyjdzie ochota. A zamiast tego musieć co chwilę chlapać się i warownie na pół plaży budować.

Nie lubię sprzątać tego co już przed chwilą posprzątałam. I kiedy odwracam się, żeby posprzątać to co już było posprzątane i „się momentalnie zdążyło zabałaganić”, wtedy tamto wcześniejsze znowu w nieładzie…(nooo…wiecie o co mi chodzi…) I tak w koło Macieju!

Nie lubię śladów lepkich łapek na wszystkich możliwych powierzchniach.

Nie lubię jeździć śmieciarką. A tak zwykle wygląda mój samochód po wycieczce rodzinnej (mimo moich usilnych prób wprowadzenia zasad utrzymywania porządku).

Nie lubię mieć „oczu naokoło głowy” i być w ciągłej gotowości do ratowania życia i zdrowia małych autodestruktorów.

Nie lubię nie wysypiać się przez kilka kolejnych lat z rzędu.

Nie lubię przemocy w łóżku, kiedy jestem przez pół nocy okładana przez małe stópki i piąstki (które, o dziwo, mają nad wyraz dużo siły), a przez drugie pół spychana z łóżka.

Nie lubię ciągle słyszeć NIE i musieć wymyślać milion argumentów, żeby przekonać do swojej racji lub skłonić do zrobienia czegoś, na czym mi zależy.

Nie lubię czytać tej samej książeczki po raz milionowy (a jednocześnie nie mieć czasu/siły na czytanie swoich książek) i układać tych samych klocków/puzzli po raz 125.

Nie lubię słuchać jęczenia: z niewyspania, głodu, nudy. I kiedy mała Męczybuła zawsze swoje jęki poprzedza zwrotem: „ale mamoooo….”

Nie lubię jak błahy problem (nie wiem, dajmy na to: obiad na talerzu z Kubusiem Puchatkiem, zamiast z jeżykiem) urasta do takiej rangi, że kończy prawie wojną atomową.

Nie lubię tych wszystkich buntów, począwszy od dwulatka, skończywszy pewnie… dopiero jak wyprowadzi się z domu.

Nie lubię musieć w restauracji uciszać, zwracać uwagę i nagabywać ciągle żeby jadło. Czuję jak mi wtedy „wrzody rosną”.

Nie lubię mieć domu urządzonego przez architekta do lat sześciu.

Nie lubię chodzić do toalety w towarzystwie.

Nie lubię mieć codziennie jednej myśli na koniec dnia: „one mnie wykończą…”

Nie lubię babrania się w gilach, kupach, wymiocinach.

Pewnie znalazłabym jeszcze pierdyliard rzeczy, których nie lubię. Czy to oznacza, że nie lubię swoich dzieci? Że nie chciałabym ich mieć? Wręcz przeciwnie. Kocham je, a one są najlepszym co mi się w życiu udało!

nie lubie...4
nie lubie...3

nie lubie...2

nie lubie...1

nie lubie...

kolczyki

Dziury w uszach

Przeczytałam ostatnio na jakimś chyba forum dyskusję na temat dziurawienia uszu maleńkim dziewczynkom. Zaczęło się od tego, że ktoś opisywał sytuację z salonu kosmetycznego: rodzice z maleńkim, ok. rocznym dziecięciem pojawili się w celu zamontowania kolczyków. Dziecko pogodne, zadowolone, a kiedy cała „akcja” się zaczęła: krzyki, ryki, spazmy, zapowietrzanie się od płaczu i w ogóle tragedia. Po wszystkim z gabinetu wyłonił się nieco zagubiony tatuś z ledwo żywym dzieckiem oraz bardzo zadowolona mamusia. Czytając to, włos na głowie mi się zjeżył i zastanawiałam się jak można, jednocześnie ciesząc się, że mało jest takich „odjechanych mamusiek”. A wtedy coś mnie podkusiło, żeby zagłębić się w komentarze. I wtedy dopiero wszelkie włosy się podniosły. Okazało się, że pani autorka komentarza (której nastawienie do całej sytuacji było mocno negatywne) została zbesztana, a cały ogrom „mamusiek”, nie kryjąc swej dumy, opisywało tortury, jakim poddawało swoje dzieci. Niektóre dzieci miały już kolczyki jako roczne, półroczne, a nawet miesięczne bąble. Jedne darły się w niebogłosy, a inne w miarę spokojnie przetrwały cały zabieg. Ja się tylko pytam: PO CO?!?! Bo będzie ładniejsza? Bo będzie bardziej dziewczynką, niż ta bez kolczyków, nie będą jej mylić z chłopcem? A weź matka i kup jej kieckę, też będzie widać, że dziewczynka, a stresu dziecku zaoszczędzisz!

Pojawiały się też argumenty, że jak małe, to mniej boli. Guzik prawda. Dziurawienie ciała zawsze boli tak samo, tylko, że jak dziecko starsze to bardziej świadome i można je przygotować. A najlepiej niech decyzję podejmie sama, jak do tego dojrzeje.

Ja miałam kolczyki w wieku 12, może 13 lat. Nie uważam, żeby moje dzieciństwo na tym ucierpiało, a tym bardziej moja kobiecość. Co do moich dzieci, to Michalina poprosiła w zeszłym roku o przebicie uszu. Wzbraniałam się, bo nie uważam, że 5-letniemu dziecku jest to potrzebne do szczęścia, ale w końcu się zgodziłam. Opowiedziałam jej na czym polega zabieg, że będzie trochę bolało. Była przygotowana no to, co ją czeka. Moja córka jest strasznym wrażliwcem i panikarą i przebicie pierwszego ucha wywołało na jej twarzy eksplozję zdziwienia, strachu, zmieszania i wiem, że gdyby to działo się bez jej zgody, to byłby płacz i pewnie chciałaby uciec. A tak, to zacisnęła ząbki i pozwoliła dokończyć zabieg. Mimo, że Miśka jest już dość duża, to w ciągu tego roku zdarzyło jej się zgubić kolczyk, kilkakrotnie wyrwać z ucha (co wiązało się z ponownym procesem gojenia). W związku z tym, ze względu na ruchliwość, nie wyobrażam sobie Poli w kolczykach przed ukończeniem 18 – stki 😉 A piękne kolczyki, które dostała na pamiątkę Chrztu poczekają na nią tak długo, jak będzie trzeba.

35480-O06F09

Matko Polko nie rób z siebie męczennicy!!

Jesteś matką. A cały świat, z Tobą na czele, uważa, że masz być Tylko matką. Matką karmiącą, czuwającą, opiekującą się. Do tego nikt Cię nie zwalnia z funkcji żony, kucharki, sprzątaczki, a po jakimś czasie, kiedy wracasz do pracy, z roli pracownika miesiąca. Masz być SUPERBABĄ! Multifunkcyjną SUPERBABĄ.

Jak wygląda Twój dzień? Zrywasz się rano, po niezbyt dobrze przespanej nocy, bo akurat zęby, brzuszek, gorączka, katarek, czy po prostu trzeba było 27 razy poprawić dziecięciu kołderkę… Pędzisz najpierw do łazienki, żeby się jakoś ogarnąć (nie jest to łatwe zważywszy na rozwichrzone włosięta i podkrążone oczy). Kiedy wyglądasz już na tyle „dobrze”, że stwierdzasz, że ludzi straszyć nie będziesz, budzisz dzieci i szykujecie się (jest to proces długi i rozlazły – złe skarpetki, rajstopki, nie te spodnie, albo bluzka, mycie zębów trwa 15 min.). Szybkie śniadanie i już jesteście przy drzwiach gotowi do wyjścia. Ale gdzie są dzieci? No tak: w samym środku układania puzzli (których, notabene, nie ruszały przez ostatnie pół roku – ale akurat teraz sobie uświadomiły, że to ich ulubione). Więc mała awantura i wreszcie udaje się wyjść. Wskakujecie do auta, jedziecie i…korek. Stoicie i tracicie cenne minuty, a dzieci jęczą, ze nuda. Alternatywnie wsiadacie do tramwaju/autobusu, miejsc oczywiście brak, Ty z wózkiem więc wszyscy patrzą jakby chcieli Cię zabić, ścisk jak w puszce sardynek, a dzieci jęczą, że tłok. Ewentualnie w obu przypadkach mogą się kłócić. W każdym razie, zanim dzień na dobre się zaczął, Ty już masz dość (w tym czasie Twój małżonek wstaje dopiero jak wyjdziecie, wypija kawę i spokojnie udaje się do pracy). Docieracie jakoś do żłobka/przedszkola/szkoły, odstawiasz dzieci i pędzisz do pracy. Tam cały dzień myślisz co masz jeszcze do zrobienia popołudniu (zakupy, obiad, ogarnięcie chałupy, odrabianie lekcji), jednocześnie tłumiąc w sobie wyrzuty sumienia pojawiające się w związku z sytuacją, że wróciłaś do pracy i tak mało czasu spędzasz z dziećmi. Wreszcie wybija 16, zamykasz komputer i biegniesz po nie, jedziecie do domu (korki/ścisk, dzieci jęczą/kłócą się), obowiązkowa wizyta w Biedrze osiedlowej i wreszcie objuczona siatami i dziećmi wchodzisz do domu. Tam czeka na Ciebie mąż z pytaniem: co dziś na obiad? Kiedy podajesz obiad, wszyscy kręcą nosem, bo każdy zjadłby coś innego. Potem jeszcze tylko musisz doprowadzić kuchnię do stanu używalności, opróżnić zmywarkę, załadować od nowa, wyjąć pranie, wstawić nowe, odrobić z dziećmi lekcje, przygotować kolację, wykąpać maluchy, utulić do snu. Wreszcie przed Tobą błogi wieczór z „M jak miłość” i… 3 koszami prasowania (z czym schodzi Ci do północy –  mąż o 23 położył się spać, bo „jutro czeka go Ciężki dzień). I tak dzień po dniu… Latem jedziecie na wakacje, na których nie odpoczywasz, bo zajmujesz się dziećmi – mąż nadrabia zaległości książkowe. Poza tym sami nie wyjeżdżacie nigdzie, bo drogo i w ogóle po co… Przecież macie dzieci i możecie wyjeżdżać tylko z nimi!

Wiem, wiem myślicie sobie: pogięło ją?!? przecież w dzisiejszych czasach nikt tak nie żyje, są związki oparte na partnerstwie, jest równouprawnienie, podział obowiązków. Ja znam przynajmniej jedną rodzinkę, która żyje w podobny sposób. I myślę, że w każdym domu znajdzie się chociaż jeden element z mojej historyjki. Więc Matko Polko nie rób z siebie męczennicy!!! Odpuść czasami, przerzuć część obowiązków na innych domowników, ustalcie zasady. I przede wszystkim odpocznij! Wolno Ci! Podrzuć czasami dzieciaki do babci, cioci, koleżanki, wyjdź gdzieś z mężem (lub sama). Na wakacje zabierz dziadków lub wyjedź większą grupą znajomych z dziećmi (każdy będzie miał czas odpocząć, a dzieci będą miały wystarczającą ilość osób do zapewnienia ciągłej rozrywki, a jak jest więcej dzieci to zajmują się same sobą). Pozwól dziadkom, ciociom zabrać swoje dzieci na weekend, noc, wakacje. Wyjedź gdzieś tylko z mężem (choćby na 2 dni) i napawaj się tą „wolnością” bez wyrzutów sumienia.

www.freepik.com/free-vector/super-woman-multitasking-illustration_832526.htm

auto

6 rzeczy, które pomogą Ci utrzymać względny porządek w samochodzie

Kiedy w twoim życiu pojawiają się dzieci, to Twój samochód – tak jak i dom – przestaje być Twoim królestwem. Do tej pory wymuskany, pachnący, zawsze czyściutki, staje się królestwem twoich dzieci. I nie ważne czy masz starego grata (chociaż takiego mniej szkoda), czy jeszcze pachnące nowością wymarzone auto, czy nawet najnowszego merca klasy S (czy ktoś mając dzieci kupuje takie auta?). Dzieci mają to w nosie. Chcą jeść w trakcie jazdy, to muszą dostać. I choćby nie wiem jak bronić się, to prędzej czy później skapitulujesz (chyba, że darcie się i wycie to muzyka dla Twoich uszu..). A z procesem jedzeniem wiąże się wszędobylski brud. Pół biedy jeśli to tylko okruchy, które łatwo można wyssać. Na porządku dziennym są też czekoladki, bananki, itp., które tak „cudownie” wtłaczają się w tapicerkę. Nieodzowne są też smrodki zapomnianych, zepsutych pozostałości pokonsumpcyjnych…

Sama jestem mamą i praktycznie codziennie moje dzieci podróżują ze mną, a w trakcie pałaszują różne smakołyki. Poza tym mój samochód jest naszym głównym, którego używamy jeśli jedziemy gdzieś razem. Niestety pozostawia on wiele do życzenia, jeśli chodzi o porządek. Ale samochód mojego Małża, to już czysta ma-sa-kra. To on odwodzi i odbiera zwykle starszyznę z przedszkola, a każdego ranka, w drodze urządzają sobie „przedśniadanka”. Skutkiem tego jest następująca sytuacja: kiedy otwiera się drzwi jego auta można spodziewać się ataku pustych kubeczków po jogurtach, torebek, papierków, butelek (po wodzie i soczkach – żeby nie było), skórek po bananach, ogryzków i wszystkiego co sobie wymyślicie (pewnie mnie zabije, jak przeczyta, ze piszę źle o nim 😉 a może zastosuje się do rad, kto wie).

Największy problem jest wtedy, kiedy trzeba tym swoim bałaganem na kółkach kogoś przewieźć. Zaczyna się tłumaczenie, że: sorki za bałagan, nie zdążyłam posprzątać, itd. … Mnie takie rzeczy nie ruszają i nie oceniam nikogo po tym co ma w samochodzie (czy w domu), ale wiem, że są esteci, którzy mogą być hmmm…zniesmaczeni :) Oto kilka przedmiotów, dzięki którym łatwiej będzie utrzymać porządek w aucie:

  1. gumowe dywaniki – łatwe do czyszczenia, nie przemakają. Nie raz uratowały moją podłogę przed tragedią. Zwykle wystarczy wyjąć i wytrzepać (od razu robi się względny porządek :) ), a jeśli zdarzy się jakaś gorsza brudna sprawa, łatwo myją się pod wodą. Jeśli w Twoim samochodzie są zwykłe dywaniki, to zmień, będziesz mieć mniej pracy i spokojniejszą głowę :)
  2. małe woreczki na śmieci – ja zwykle używam takich woreczków na psie odchody: rolka zajmuje mało miejsca, a woreczki są na tyle małe, że zmieszczą się w schowku w drzwiach samochodu czy w podłokietniku. Wszystkie śmieci lądują od razu w woreczkach i szybko można się ich pozbyć z samochodu.
  3. mokre i suche chusteczki – do szybkiego przetarcia rąk (dzięki temu samochód jest mniej uciapany), czy świeżych plam.
  4. organizer na oparcie –  ma podwójne zastosowanie: po pierwsze chroni przednie fotele przed brudnymi bucikami, a po drugie pozwala zorganizować dziecięcą przestrzeń z tyłu auta. Na rynku jest duży wybór: jednokolorowe, ale są też z postaciami z bajek.
  5. mata pod fotelik – tapicerka pod fotelikami skrywa często niespodzianki (o mamo!, co tam można znaleźć…). Jeśli wyjmujesz czasami foteliki, to wiesz o czym mówię :) Mata chroni tapicerkę przed brudem i zniszczeniem.
  6. organizery i siatki do bagażnika (tam też czai się chaos) –  pomagają utrzymać porządek i nic nie lata samopas po bagażniku, a zakupy pozostają w torbie zakupowej.orbanizacja-w-aucie

 * przykładowe zdjęcia produktów, o których piszę

Zdjęcie pochodzi ze strony: https://unsplash.com/photos/irm6EmAwmLk

1024_min

Smartszaleństwo

Jesteśmy pokoleniem smartfona. Nikt temu nie zaprzeczy. Nie mówiąc już o naszych dzieciach, które szybciej uczą się obsługiwać telefon czy tablet niż mówić. U nich jest to niejako intuicyjne. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego małego urządzenia w kieszeni. W nim mieści się centrum rozrywki i podręczne biuro. Ja sama czuję się jak bez ręki jeśli zapomnę telefonu wychodząc z domu. Na telefonie piszę i odbieram maile, korzystam z Instagrama, Facebooka i mnóstwa innych aplikacji, Jest moim podręcznym aparatem i kamerą. Dużo czasu spędzam smyrając mojego „smyrfona”. Robię to w różnych miejscach i sytuacjach i nawet wkurzam się na dzieci (i Małża) jak mi przeszkadzają. Ale do reszty nie oszalałam na jego punkcie. Mam w głowie rozsądne granice i się ich trzymam :) Są jednak tacy, którzy ich nie mają…

Niedawno jadąc samochodem usłyszałam informację o badaniach opublikowanych przez Motorollę, dotyczących właśnie smartfonów. Wyniki trochę mnie rozbawiły, a trochę przeraziły. Postanowiłam zgłębić temat i wyłożyć kawę na ławę :) A więc było to tak: ankietę przeprowadzono na grupie ponad 7 tys. osób w siedmiu krajach. Wynika z niej, że 6 użytkowników na 10 zasypia z telefonem w dłoni, a ponad połowa badanych zabiera go do toalety (może to rodzice małych dzieci, którzy tylko tam znajdują spokojne miejsce i chwilę na „pofejsowanie” :) ) Jeden na dziesięciu badanych twierdzi, że korzysta ze smarfona pod prysznicem – da się?!?!

A teraz wyniki z serii (wg. mnie) najbardziej „OMG – really”. Ponad połowa przyznała, że jeśli miałaby wybierać, to przed płomieniami uratowałaby telefon, a nie swojego kota (!). Natomiast 22% (tylko lub aż!) ankietowanych ma tak intensywną relację z telefonem, że w weekend woli zrezygnować z seksu, niż z korzystania z telefonu. 40% badanych powierza swojemu telefonowi sekrety, o których nie wiedzą nawet ich najlepsi przyjaciele.

A jak jest z Wami? Telefon ważniejszy od kota, chomika czy seksu?

negativespace2-3

 

5 zasad jak nie poczuć magii Świąt

„Krok po kroku, krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku idą Święta…” – jak co roku śpiewają w Trójce. Jak usłyszę tą piosenkę, to wiem, że te Święta na prawdę się zbliżają. Nie jakieś tam lastkristmasy, czy inne importowane przeboje. Musi być trójkowy karp! Aaaaa to macie do posłuchania :)

No! I jak już te Święta się zbliżają, to mamy trylion rzeczy do zrobienia. A jeśli mamy dzieci, to te dzieci mają razem z nami ten trylion rzeczy do zrobienia. W tym epicentrum świątecznych przygotowań kompletnie tracimy świątecznego ducha i zapominamy po co one są. A jak najlepiej ukatrupić tego ducha i nie pozwolić sobie i dzieciom poczuć magię Świąt? Ano tak (tylko pamiętaj, żeby powtarzać co roku):

  1. WYPUCUJ DOKŁADNIE CHAŁUPĘ. Niezależnie od tego czy masz dużą czy małą musi lśnić. Umyj wszystkie okna, powyciągaj wszystko z wszystkich szaf i szafek i zrób tam porządek, wytrzep dywany, umyj łazienkę od góry do dołu (z obowiązkowym szorowaniem fug szczoteczką do zębów!), wszystkie kurze muszą zostać odnalezione i zneutralizowane. Najlepiej zacznij tak ze 2 – 3 tygodnie przed świętami, żeby mieć na tyle dużo czasu żeby się ze wszystkim wyrobić, ale jednocześnie nie nudzić się. No i oczywiście nie może się nabałaganić przed Świętami. Pamiętaj, żeby ganiać wszystkich domowników jak tylko zbliżą się do czystej strefy, a nie daj Boże spróbują wprowadzić nieład.
  2. W ŻADNYM WYPADKU NIE WYBIERAJ SIĘ NA JAKIŚ JARMARK BOŻONARODZENIOWY. Szkoda czasu na takie pierdoły. Przecież masz jeszcze tyle do zrobienia. Aaaa… i możesz jeszcze wydać za dużo kasy jeśli małe darmozjady zechcą jakieś souveniry, albo coś smacznego do jedzenia.
  3. CHOINKA. Nie może być za wcześnie, bo przecież jeszcze nie posprzątane. Najlepiej przed samymi Świętami – w końcu wszyscy zdążą się jeszcze nią nacieszyć. Podstawowa zasada: (1) dzieciaki nie jadą kupować choinki, bo pewnie i tak wybiorą brzydką oraz (2) dzieciaki nie ubierają choinki, bo ubiorą brzydko, albo potłuką bombki.
  4. ZAKUPY I PREZENTY ZOSTAW NA OSTATNIĄ CHWILĘ. Przecioraj całą rodzinę po centrum handlowym, najlepiej w któryś z ostatnich przedświątecznych weekendów. Ale tak, żebyście nie mieli siły i poczuli nienawiść do tych wszystkich ludzi, co to nie potrafią zakupów wcześniej zaplanować. Tu uwaga, gdyż możecie ciut poczuć atmosferę świąteczną ze względu na dekoracje w sklepach i puszczane tam kolędy.
  5. CAŁĄ WIGILIĘ I ŚWIĘTA PRZYGOTUJ SAMODZIELNIE. Jeśli Wigilia jest u Ciebie i zapraszasz gości nie zgadzaj się na podział przygotowywania potraw. Tu zasada dokładnie ta sama jak przy choince: dzieci nie wpuszczaj do kuchni, nie pozwól im pomagać choćby w drobnych rzeczach – na pewno coś zepsują.

No i jak już przejdziesz przez te 5 kroków i zaczną się Święta, padniesz bez sił na twarz (byle nie w barszcz, bo obrus nie do doprania), a Twoje dzieci zapamiętają ten czas jako ciągłą gonitwę, same obowiązki, a Ciebie w nerwach.

A jak jest u nas? Chałupa po japońsku (jako – tako) ogarnięta. Niestety okna nieumyte, bo nie chcę się przeziębić i zwyczajnie mi się nie chce – umyję jak będę mieć natchnienie, a na razie jeszcze widać przez nie świat. Łazienki, podłogi i kurze staram się omiatać na bieżąco. Spiżarnię i szafy doczekały się porząskowania niedawno, więc jeśli zdążył wkraść się tam chaos, to trudno. Pewnie przydało by się ogóle gruntowne sprzątanie, ale póki co musi być jak jest. Jarmark odwiedziliśmy, nawet dwa razy :) Nie miałam problemu z tym, że musieliśmy stać pół godziny w kolejce, bo Miśka koniecznie chciała kołacza, który bardzo jej zasmakował. Widzieliśmy Mikołaja (podobno prawdziwego) i wrocławską choinkę i renifery: sztuczne i takie prawdziwe też. W domu choinka stoi, wybrana i ubrana przez Miśkę. Co z tego, że trochę krzywa i takie same bombki wiszą obok siebie! Chociaż w tym roku, dzięki Poli, mamy bardzo dynamiczną choinkę i codziennie wygląda ona trochę inaczej :) Misiek zrobił też stroik, przy co skończyło się ogromnym bałaganem, tuż po sprzątaniu. I stroikiem też :) Prezenty zaczęliśmy kompletować już w listopadzie i większość przez internet, więc ominęła nas szaleńcza bieganina w poszukiwaniu czegoś dla kogoś. Jeśli chodzi o przygotowania wigilijne, to one omijają mnie w dużej mierze, bo jak zwykle jedziemy do rodziców. Przejmujemy od mamy część kuchennych obowiązków, ale Ona jest z gatunku tych, co nie odpuszczają, bo „na Święta musi być…, trzeba zrobić…”, itp., czekają nas pewnie ostatnie zakupy (ale zorganizujemy je z rańca, z listą i bez dzieci, więc pójdzie szybko) i ostatnie porządki. Poczyniłyśmy też z Misią próby generalne smakowitości, które zrobimy na Wigilię i Święta.

Kto powiedział, że na Święta coś trzeba? Że coś się stanie jak będzie trochę kurzu i brudne okno? Albo jeśli na stole znajdzie się o 1 czy 2 potrawy mniej niż nakazuje tradycja? To siedzi w naszych głowach! Nie dajmy się zwariować! Wolniej, bez „spinki”, cieszmy się z tego czasu przed Świętami i pozwólmy cieszyć się nim dzieciom.

kuchareczka

stroik_1

stroik

choinka

choinka_pola_4

choinka_pola_3

choinka_pola_1

Misiek_renifer

LOST…

lost child

Wyobraź sobie taką sytuację: wybieracie się z całą rodzinką na jakiś festyn, imprezę plenerową, whatever. W każdym razie gdzieś, gdzie jest dużo ludzi, jest głośno, dużo się dzieje. Dzieci podekscytowane, nie mogą się doczekać tych wszystkich zapowiadanych atrakcji. I wreszcie są: karuzele, dmuchańce, i kilkadziesiąt tysięcy ludzi kręcących się wokół Was. Albo, po prostu, idziecie na duży plac zabaw, na plażę, gdzieś gdzie jest pełno ludzi. Imaginujesz??? No i teraz „najlepsze”: spuszczasz z oczu swoje dziecko na chwilę, żeby kupić bilet, watę cukrową, loda, poczytać książkę lub przejrzeć fejsika. Odwracasz się i…nie ma…nie ma Twojego dziecka… Panika, przypływ adrenaliny. Krzyczysz, wołasz, biegasz w koło. Nic… Co zrobić? Słyszysz bicie własnego serca, dudnienie w uszach… OMG nie ma go…

Pewnie zaraz się znajdzie, przybiegnie samo, albo ktoś je przyprowadzi. Ale te chwile kiedy go nie ma są straszne. Kiedy nie wiesz, co masz zrobić. Dopada Cię sztywność, całkowita niemoc, pustka w głowie, a może ten dramat będzie dla Ciebie impulsem do działania, mobilizacją wszystkich szarych komórek. To zależy od tego jaki masz charakter, jaką silną masz psychikę.

Bo z dziećmi jest tak: coś je zainteresuje, odejdą 3 kroczki, obrócą się 3 razy i już nie wiedzą gdzie mama/tata/opiekun. A najgorsze jest to, że są naiwne. Hmmm… może lepszym słowem będzie ufne i nieświadome. Znalazłam klika prostych sposobów na to, żeby takie ekstremalne sytuacje wyeliminować, ograniczyć lub chociaż złagodzić. Przede wszystkim ROZMOWA. Rozmawiaj z dzieckiem o takich możliwych sytuacjach, zanim stanie się coś złego. Niech wie jak się zachować. W rozmowie przedstawiaj hipotetyczne sytuacje i podpowiadaj rozwiązania. Z uporem maniaka, tłumacz i powtarzaj dziecku jak powinno się zachować.

  1. WYPOSAŻENIE. Kiedy wychodzimy w miejsce gdzie jest dużo ludzi Miśka dostaje swój ekwipunek: bransoletkę (o której pisałam tutaj) oraz gwizdek. Co do bransoletki, to mam takie przemyślenia, że może niekoniecznie powinno znaleźć się na niej imię dziecka (tak dla bezpieczeństwa i ochrony przed „dziwnymi” panami, którym może być łatwiej dzięki temu nawiązać kontakt z dzieckiem), ale numer telefonu do rodzica jak najbardziej. Można uczyć dziecko swojego numeru telefonu, ale jest duże prawdopodobieństwo, że wystraszone nie będzie potrafiło sobie go przypomnieć. A tak: numer jest z dzieckiem.
  2. PREWENCJA. Zdarzało Ci się straszyć dziecko policjantem? Albo mówić, że jak będzie dalej niegrzeczne, to ta pani lub ten pan (który właśnie obok Was przechodzą) zabierze je ze sobą? To teraz pomyśl, że Twoje dziecko będzie potrzebowało pomocy. Niestety ostatnią osobą, którą poprosi o pomoc będzie policjant. Bo zwyczajnie będzie się go bało. Dlatego nigdy nie przedstawiaj policjanta jako osoby, która może stanowić dla dziecka zagrożenie. A co do obcych ludzi, to wiadomo, że  dziecko nie powinno być zbyt ufne. Ale nie może też bać się wszystkich nieznajomych ludzi spotkanych na swojej drodze. Dlatego wpajaj dziecku, że, gdyby coś się stało, gdyby się zgubiło, najlepiej poprosić o pomoc młodą lub starszą panią, albo pana z jakimś dzieckiem/dziećmi (potencjalnie mniejsza szansa spotkania „złego” człowieka).
  3. STOP. Wiele zagubień wynika z tego, że dziecko, w rozpaczy, zaczyna biegać i szukać rodzica. Tym samym zwykle oddala się od niego. A gdyby tak, po zorientowaniu się, że nie widzi mamy czy taty, zostało w miejscu, to promień poszukiwań znacznie się zmniejsza. Dlatego naucz dziecko, że, w razie czego ma stać w miejscu i czekać. Oczywiście nie bezczynnie. Niech krzyczy, woła lub, jeśli ma czym, gwiżdże.
  4. HASŁO. Dotyczy to znacznie gorszej sytuacji niż chwilowe zagubienie dziecka. Myślę, że jest to świetny sposób na uchronienie dziecka przed próbą porwania. Wiadomo, że uczysz dziecko od małego, że nigdy, przenigdy ma nie iść nigdzie z nikim obcym. Choćby najlepsze cukierki proponował… (nawiasem mówiąc widziałam kiedyś taki filmik, na którym facet zrobił eksperyment: na placu zabaw podchodził ze szczeniaczkiem do dzieci i zagadywał je. Wyobraźcie sobie, że praktycznie wszystkie dzieci poszły z nim. Rodzice, którzy obserwowali te scenki byli przerażeni i w szoku, że ich dziecko „skusiło się” na Pana z pieskiem). Ale co w sytuacji, kiedy ktoś obcy przychodzi i mówi, że mama/tata prosili, żeby je przyprowadzić? Właśnie w takiej sytuacji przydaje się hasło. Ustal z dzieckiem hasło, które tylko Wy będziecie znać i wyjaśnij mu, że jeśli ktoś nieznajomy będzie chciał je gdzieś zabrać „na prośbę mamy” ma zażądać hasła. To powinno zdezorientować potencjalnego porywacza, a dziecku dać czas na reakcję.

Oby moje rady nigdy Ci się nie przydały. Ale jeśli… Pamiętaj! Jeżeli zdarzy się Wam przykra sytuacja zgubienia, to po wszystkim przytul mocno swoje dziecko. Nie krzycz! Ono jest już wystarczająco mocno przestraszone i najbardziej na świecie potrzebuje teraz Twojej miłości i bliskości.

Rodzeństwo na start – jak nie przegrać tego wyścigu.

Kiedy masz już za sobą pierwsze trudy macierzyństwa, zaczynasz ogarniać życie na nowo, zwykle z ukochanego jedynaka masz ochotę zrobić starsze rodzeństwo. I, zwykle, prędzej czy później udaje Ci się to. Zachodzisz w ciążę, wszystko jest cudownie, informujesz swoje dziecię o fakcie, ono jest wniebowzięte na informację o małym braciszku lub siostrzyczce – na razie jest to dla niego czysta abstrakcja i nie wie czym to „pachnie”. Czas biegnie nieubłaganie, Twój brzuch robi się coraz większy, posiadanie rodzeństwa staje się coraz bardziej realne, gdyż maluch widzi ruszający się brzuch i coraz bardziej się cieszy. Lub nie… Wreszcie przychodzi czas narodzin. Wracasz do domu z maleństwem, cała w skowronkach i… No właśnie: i co? Co zrobić, żeby rodzeństwo od początku ułożyło swoje stosunki poprawnie i żeby w przyszłości zaprocentowało to wielką przyjaźnią między rodzeństwem. Akcję należy rozpocząć jeszcze długo przed pojawieniem się noworodka po tej stronie brzucha.

Dezinformacja Twoim wrogiem

Przygotuj swojego jedynaka na nowe. Opowiadaj już w trakcie ciąży co się dzieje po drugiej stronie brzucha, pokazuj mu zdjęcia, opowiadaj jak fasolka wygląda, jak się rozwija. Ba! Zabierz dziecię na USG (no chyba, że źle byś się w takiej sytuacji czuła, albo boisz się, że takie doświadczenie może zryć psychę Twojemu dziecku – nic na siłę!). Misia chodziła z nami na USG tak od połowy ciąży i wszystko z nią OK. Chcieliśmy, żeby zobaczyła małe ruszające się Coś w mamy brzuchu. I chcieliśmy też, żeby wiedziała, że to jest też Jej sprawa.

Opowiadaj, opowiadaj, opowiadaj i odpowiadaj na wszystkie pytania. Ale nie ściemniaj, że jak maleństwo się urodzi, to będzie super, fajnie i sielanka. Przygotuj dziecko na to, jak wygląda dzień i życie z niemowlakiem. Wyjaśnij, że taki mały człowiek nic sam nie potrafi, że potrzebuje stale czyjejś pomocy i uwagi. Misia dużo pytała i często miała potrzebę powrotu do przeszłości. Siadałyśmy sobie z albumami i oglądałyśmy zdjęcia z czasów jej niemowlęctwa. A jak kończyłyśmy, to od nowa :) A! I przygotuj się na możliwość pojawienia się pytań dotyczących tego skąd ten brat lub siostra w tym brzuchu się wziął 😉

Zróbcie razem wyprawkę dla nowego członka rodziny. Przejrzyjcie razem stare ubranka, kocyki, zabawki i niech dzieć sam uzna, które chce oddać bratu/siostrze. Ale nic na siłę: jeśli Misia uznawała, że coś jest jej nie zabierałam jej. Zwykle sama dochodziła do wniosku, że odda siostrze lub stwierdzała, że coś będzie wspólne. I tym sposobem po porodzie nie było problemu „to moje, Pola mi zabrała”. Dodatkowo angażowałam Miśkę w zakupy dla siostry: sama mogła wybrać ubranka i wszystkie potrzebne rzeczy, dzięki temu była super zadowolona, bo czuła się „taka dorosła”.

Co zrobić z brakiem sił? Po prostu nie można dać się „zajechać”. Miśka jest bardzo żywym dzieckiem i wymaga ciągłego zaangażowania w swoje zabawy. A ciąża, jak wiadomo, pozbawia części sił. O ile stacjonarne zabawy nie były problemem (chociaż potem już, przy wielkim brzucholu, też stanowiły wyzwanie), to nadążenie za jej brykankiem nie było najłatwiejsze. I chociaż bardzo starałam się, to czasami nie dawałam rady. I ja jej wtedy mówiłam jasno, że muszę odpocząć, czy zapaść w krótką drzemkę. Zwykle to rozumiała, chociaż czasami zawód malował się na twarzy. A potem wpadła na taki pomysł, że zabawy organizowała w taki sposób: „pobawimy się tak, że ty tu sobie posiedź/poleż mamuś a ja…”. Poza tym wypracowaliśmy wspólnie taki kompromis, że tata był od szaleństw, a mama od spacerów. Jeśli masz możliwość podrzucenia dzieciaka do babci, cioci, czy kogo tam uznajesz, najlepiej na kilka dni, to korzystaj. I ciesz się wtedy błogim spokojem :)

Przygotuj dziecko również na TEN moment. Opowiedz, że mama i tata pojadą do szpitala, i że tam zostaną kilka dni. Powiedz, że poród może się zacząć w każdej chwili: w dzień, w nocy, na zakupach, jak dziecko będzie w przedszkolu/szkole (że wtedy ktoś umówiony odbierze je w danym dniu – pamiętaj o upoważnieniu dla tej osoby). A najlepiej, jeśli możesz, tak z tydzień przed terminem wyślij dziecko np. do dziadków i w spokoju czekaj sobie na rozwiązanie (wiem, że nie zawsze tak się da, ale jeśli już, to będziesz mieć mniej stresu). My, z racji tego, że rodziców mamy dość daleko, to mówieni byliśmy ze znajomymi, których Misia dobrze zna, że może się tak zdarzyć, że ciocia lub wujek odbiorą ją z przedszkola lub pojedzie do nich na noc i „przechowają” ją do czasu dotarcia dziadków. A wszystko ułożyło się jeszcze lepiej, bo kilka dni przed terminem babcia z dziadkiem zabrali ją do siebie, a w dniu, którym ją zabierali my pojechaliśmy do szpitala.

A co po porodzie?

Nie przejmuj się pogorszeniem zachowania swojego już-nie-jedynaka. Zwykle wynika to z obawy o odrzucenie i z lekkiej zazdrości. Jeśli dobrze to rozegrasz wszystko powinno wrócić do normy. My mieliśmy pierwsze 2 tygodnie masakryczne. Miśka zrobiła się pyskata, płaczliwa i wszystko było u niej na NIE. Ale wystarczyły 2 tygodnie i wszystko wróciło do normy. Fakt, były to trudne dwa tygodnie, w ciągu których każdą wolną chwilę poświęcaliśmy Misi (nie ważne było jakieś sprzątanie, czy inne pierdoły). Ale w końcu wróciła nasza „stara” Myszata. Mały bunt pozostał, ale myślę, że to raczej z racji wieku :)

Angażuj dziecko w pomoc nad maleństwem. Ja każdą pomoc ze strony Michaśki, mającą coś wspólnego z Polą, przyjmowałam baaardzo ochoczo (czasami pewnie zachowywałam się jak wariatka wylewając z siebie rzekę podziękowań): czy to przyniesienie pieluchy, butelki, czy przypilnowanie małej, a nawet usypianie (tak, kilka razy udało się jej uśpić małego Bąka; jej radość i duma z siebie – bezcenne). Poza tym od początku pozwalałam jej dotykać siostrę, głaskać, brać na kolana (oczywiście pod ścisłym nadzorem). Nie chcieliśmy, żeby od razu między dziewczynami zbudował się mur, bariera. I żeby nie było, że to przedmiot (sorry: podmiot) zakazany. Wiesz, taki najbardziej kusi!

20141025_140528

Jeśli chodzi o prezenty, to zadbaj o to, żeby goście, którzy przychodzą na „oględziny” nowego człowieka zawsze mieli jakiś drobiazg dla starszaka. Dzieci są bardzo zazdrosne w tej kwestii i zwyczajnie jest im przykro. Często zdarzają się sytuacje, że podczas takich odwiedzin noworodek leży obładowany prezentami, a wszyscy nad nim szczebiocą, a starszy dzieć stoi smutny i nie ma nic. My zastosowaliśmy jeszcze taką metodę, że przygotowaliśmy prezent dla Misi od Poli. Nie po to, żeby mydlić dziecku oczy i wmawiać jej, że niemowlaki przynoszą prezenty, ale po to, żeby było jej miło. Wydaje mi się, że to też ciut zbliżyło siostry do siebie. Nie wiem czy metoda jest dobra czy nie – decyzja należy do Ciebie.

A jak to wygląda po roku?

DSC_0232

Minął rok od kiedy moja jedynaczka nie jest już jedynaczką. Dziewczyny dogadują się różnie (chociaż ciężko tu mówić o dogadywaniu skoro Pola jeszcze nie mówi). Mimo, że Miśka wkurza się na siostrę, że ta próbuje jej coś zabrać, albo, zwyczajnie, przyłączyć się do jej zabawy (a ona akurat robi coś niezmiernie ważnego, w czym nie można jej przeszkadzać), to wiem, że dałaby się za nią pokroić i krzywdy zrobić jej nie da. Dziwne jest natomiast to, jak bardzo boi się, że coś może jej się stać, co dla nas jest czasami ciut męczące. Zwłaszcza jak podnosi mega alarm, gdy mała np. zbliża się do schodów (ba! nawet gdy spojrzy na nie lub pomyśli o nich 😉 ) i niestety nie chce sama zostać z małą pod opieką (oczywiście nie mówię tu o wyjściu do kina czy na zakupy, a raczej o chwilowej opiece, gdy chcę coś zrobić w innej części domu). Nie wiem czy wynika to, z niesamowitej ruchliwości Polara i z tego, że Misia widziała wielkie „bam” w wykonaniu siostry. Czy może za bardzo wzięła sobie do serca nasze ostrzeżenia, że trzeba ją pilnować, żeby sobie krzywdy nie zrobiła. Myślę, że z biegiem czasu i nabieraniem większej sprawności przez naszego małego strzyma sytuacja się uspokoi. Natomiast Pola jest ślepo zapatrzona w starszą siostrę i nikt nie potrafi jej tak zabawić i rozśmieszyć jak Michaśka (zdjęcie poniżej przedstawia uśmiech 5-miesięcznej Poli na widok siostry).

DSC_0157

Jeszcze jedna ważna rzecz przyszła mi do głowy. Nie zmuszaj starszaka do dzielenia się z młodszym ukochaną zabawką. W ogóle do dzielenia się tą zabawką z jakimikolwiek dziećmi. Te ulubione zabawki muszą zostać własnością dziecka, a chęć podzielenia się ma wynikać z jego decyzji. Wiem, że dzielenie się jest ważne (i generalnie uczymy tego dzieci), ale z drugiej strony pomyśl, czy Ty chcesz dzielić się swoimi zabawkami (dajmy na to ukochanym telefonem, czy laptopem), zwłaszcza jeśli ktoś Cię do tego przymusza. Niezbyt miła perspektywa, prawda?

Na pewno będą Cię straszyć, że starszak nie zaakceptuje nowego członka rodziny. I pewnie będzie próbował zrobić mu krzywdę. Ale spokojnie. Jeśli masz w miarę ułożone dziecko, które generalnie nie przejawia agresywnych zachowań, to raczej możesz odetchnąć… A my? Patrząc z perspektywy czasu wiem, że popełniliśmy pewnie mnóstwo błędów, ale – póki co – chyba nie takich, które miałyby zaważyć na przyszłych relacjach naszych córek. Zobaczymy co przyniesie życie :)

A na koniec powiem Ci jeszcze, że te moje rady pewnie możesz o kant d..y rozbić, bo u Ciebie może być zupełnie inaczej. Twoje dziecko jest jedyne w swoim rodzaju i tylko Ty wiesz jak z nim postępować. Ale życz e Ci powodzenia w ustalaniu relacji między Twoimi dziećmi. Mam nadzieję, że na coś się przydałam…

DSC_0256

DSC_0248

Jestem złą matką!!!

blog

Tak, postanowiłam się ujawnić. Trudno, najwyżej mnie zamkną, albo zainteresuje się naszą rodziną opieka społeczna. Jak wiecie mam dwoje dzieci. Ale do prawdziwej matki Polki jest mi daleko, oj daleko… Kocham swoje dzieci, uwielbiam je, uwielbiam spędzać z nimi czas, bawić się, szaleć i w ogóle wszystko co jest z nimi związane. Ale może niekoniecznie 24h na dobę, 7 dni w tygodniu. Bo ja uwielbiam też siebie. Swój czas, swoje „zabawy”, czas i zabawy z mężem 😉 Zdarza mi się, za swoją postawę być, hmmm… jak by to ująć, karcona? Zdarzają się dziwne spojrzenia i komentarze. I wtedy to myślę jaką jestem ZŁĄ MATKĄ, a raczej co ONI muszą myśleć… Podzielę się z Wami tymi sytuacjami, tak dla oczyszczenia duszy swojej.

1. „Nie karmisz już”

Noż co za pytanie!!! To, że moje dziecko jest małe, drobne i niewiele waży, nie znaczy, że go nie karmię! Nie „chodzi” na powietrze przecież. Karmię, karmię, a że nie piersią, bywa. Obydwie córy karmiłam króciutko, bo tak wyszło. Miałam skoczyć z wieżowca z tego powodu?!? Chyba lepszym rozwiązaniem było zakupienie butli, mleka modyfikowanego i próba przedłużenia żywota dziecięcia przy pomocy sztucznego pokarmu. No ale łatka nr 1 została przypięta.

2. Nie gotuję mojemu maleństwu.

Noooo…masakra! Kiedy Polar osiągnął wiek wystarczający do pochłaniania jedzenia innego niż biały płyn, nie wpadłam w kuchenny szał. Uwaga będzie wyznanie! Moje dziecko je SŁOICZKI. Tak, ja zła i leniwa matka dopuściłam do tego, aby jadło ten „syf”. Nie tylko na wyjazdach, wycieczkach czy poza domem. Ona je to ZAWSZE. Jak widać nie umarła, ma się dobrze, wcina, aż się uszy trzęsą. Ale jak by tak postawić na szali te straszne słoiczki i posiłki przygotowywane z supermarketowych produktów (tych zieleniakowych pewnie też), to chyba wygrywają te pierwsze. Przynajmniej w mojej świadomości. Ale gdyby mieć tak dostęp do świeżych, eko produktów, to co innego… Ja nawet mam ze 3 książki z przepisami dla maluchów. I pewnie zacznę je stosować niedługo :) Misia też całe niemowlęctwo na słoiczkach przetrwała i ma się bardzo dobrze. Póki co gotuję obiady dla pozostałych głodomorów (z których Poli też często coś „skapnie” ), a i na to nie zawsze mam czas, więc zdarza się, że zasysamy co akurat jest pod ręką (całe szczęście, że Myszata je w przedszkolu – chociaż co do jakości tego pożywienia też mam pewne zastrzeżenia – ale o tym innym razem). Ale jeżeli gotuję, lub gotujemy, to zdrowo i zróżnicowanie – więc tu jestem ciut usprawiedliwiona. Dam sobie pół łatki złej matki.

3. Pracuję.

I to na kilku etatach. Poza „normalną” pracą na PWr (etat zawieszony z powodu urodzenia dziecka), mam teraz e-sklep (trzeba ogarniać zamówienia, nowości i w ogóle co się w branży dzieje) i bloga (wpisy, zdjęcia, szycie i takie tam). I wszystko to zabiera cenny czas, który powinnam poświęcać dziecku. A do tego wszystkiego, moje starsze dziecko oddałam w wieku 1,5 roku do obcych ludzi (żłobek – prywatny co prawda, ale jednak), żebym sobie mogła spokojnie wrócić do pracy, do zarabiania pieniędzy. I pewnie Polara czeka podobny los. Póki co na loterii nie wygrałam, z rodziców w tym wieku żyć nie wypada, więc zostaje mi samodzielne zarabianie na przysłowiowy chleb. Małżowa pensja niby by wystarczała, ale ja CHCĘ dokładać się do domowego budżetu. I dlatego mam w kolekcji kolejną łatkę złej matki.

4. Czasami mam ochotę odpocząć

Zwyczajnie, walnąć się na kanapie, z kawą lub książką w ręku, mieć wszystko w d…e, w spokoju obejrzeć jakieś wiadomości lub poszperać w Internetach. Bez plątających się małych ludzi, szarpiących za kabel, walących w klawiaturę, robiących wszystko, żeby mi wyrwać kubek i zagłuszającego telewizor jęczenia: „mamooo mogę bajkę”, „mamooo pobawimy się”. Codziennie po obiedzie jest czas mamy i taty na zregenerowanie sił i wtedy dosłownie wyrzucamy nasze dzieci do innego pokoju (albo chociaż na odległość kilku metrów od nas). Dziewczyny mają się zająć sobą wzajemnie i zintegrować – niestety nie zawsze ten wybieg się udaje, ale z siłą maniaka próbujemy :)

No i wieczory. Wieczory są dla nas. Dzieci o 20 śpią, a my wreszcie mamy czas, żeby popracować, pogadać, odpocząć. Nie wyobrażam sobie, że po całym dniu hycania z dzieckiem/dziećmi mielibyśmy jeszcze spędzać razem wieczory. O nie, co to, to nie!

W tym punkcie przyznaję sobie pół łatki złej matki, a to dlatego, że dzięki mojej niechęci do wieczorów spędzanych z dziećmi, są one wyspane i radosne następnego dnia, a co za tym idzie łatwiej nam przetrwać wspólnie kolejny dzień :)

5. Wyjeżdżam czasami bez dzieci

Aha, dokładnie. I nie mam wyrzutów sumienia (w końcu zostają pod świetną opieką dziadków) i świetnie się bawię na tych wyjazdach i nawet za bardzo nie tęsknię. OK, tu przesadziłam. Tęsknię i to bardzo. Zaraz, jak tylko zamkną się za nami drzwi zaczynam tęsknić. Ale i tak nie odmówię sobie tych przyjemności. Przynajmniej raz w roku wyjeżdżamy gdzieś bez dzieci. Czasami sami, czasami z przyjaciółmi. Wyjazdy są różnej długości: od weekendowych, przez 3 – 4 – dniowe, a najdłużej nie było nas tydzień. Na tych wyjazdach korzystają wszyscy: my, bo możemy odbudować nasze relacje małżeńskie ????, wyspać się i zregenerować siły, a kiedy wracamy to zawsze jest tak słodko ????: dzieci się tulają, chwilowo są grzeczne i posłuszne (poza tym dostają jakiś prezent – więc są super zadowolone).

Ale spokojnie, nie jestem taka zła do szpiku kości i nasze dzieci jeżdżą z nami na różne wycieczki i wyjazdy. Wtedy też jest fajnie, ale, hmmm… ciut bardziej męcząco :) Więc chyba mogę przykleić sobie pół łatki?…

6. Puszczają mi nerwy

Ja jestem cholerykiem. I to wiedzą wszyscy, którzy mnie znają. A nikt nie jest w stanie tak wyprowadzić człowieka z równowagi jak własne dziecko (i mąż, oczywiście). Zwłaszcza, jak to dziecko przechodzi któryś z kolei bunt-ileś-tam-latka. A jeśli ten mały człowiek jest dodatkowo miniaturką mamusi, to mamy mieszankę wybuchową. Niestety zdarza się, że puszczają mi nerwy i za daleko zabrnę w złości, w krzyku (oczywiście nigdy nie uderzyłam swoich dzieci) i już w trakcie awantury żałuję tego co się stało. Niby wiem, że to ja jestem dorosła (a jak zapominam, to Małż dobitnie stara się mi o tym przypomnieć), że powinnam umieć zapanować nad sobą, że to ona nie umie się odnaleźć w swojej złości, że powinnam jej w tym pomóc, ale to jest takie cholernie trudne… Jedyne co mam na swoją obronę, to to, że potrafię przyznać się przed nią do błędu, przeprosić, a nasze awantury zwykle kończą się tym, że siedzimy przytulone i obie ryczymy. Mimo to, nie odejmuję sobie pół łatki, więc tu przykleja się cała łatka złej matki.

Podsumowując stwierdzam, że nie jest tak źle. Na 6 punktów wyszło mi 4,5 łatki złej matki. To może będą jeszcze ze mnie ludzie :) A tak na prawdę jestem najlepszą matką dla swoich dzieci. Wiem to i wiem, że one też tak myślą. Widzę to jak okazują mi miłość. I mam nadzieję, że i one wiedzą, że są najlepszym co mogło mi się trafić!

A Wy dodacie jakąś łątkę?

Chemią w organizm?

Będąc na See Bloggers miałam okazję uczestniczyć w warsztatach na temat chemii jaką producenci dorzucają do kosmetyków i jaki ma to wpływ na nasze organizmy (a zwłaszcza na organizmy naszych dzieci). I wiedza wyniesiona z tych warsztatów spowodowała, kolejny u mnie, zryw na wszystko co naturalne i eko. Po powrocie do domu przeanalizowałam składy kosmetyków, których używałam do pielęgnacji swoich dziewczyn i połowa z nich poszła w odstawkę (lub od razu do kosza). A dlaczego? Z powodu tablicy Mendelejewa jaką tam znalazłam. Dlatego postaram się Was przekonać o wyższości kosmetyków naturalnych i ekologicznych (ale nie tych udających takowe) nad „chemicznymi” i wyjaśnię dlaczego wolę „przepłacić” i być pewną, że nie truję siebie i swoich dzieci.

02

CZYTAJCIE ETYKIETY I OPAKOWANIA

Po pierwsze producent ma obowiązek na opakowaniu zamieścić skład kosmetyku. Jest to w formie INCI i jest zwykle po łacinie. Kolejność składników podawanych na opakowaniu musi być zgodna ze składem ilościowym w produkcie, czyli składnik, którego jest najwięcej znajduje się na pierwszym miejscu w składzie. Zwykle jest to po prostu woda. Nawet 90% objętości kosmetyku może być wodą. Poniżej lista tego, co złego możecie spotkać w swoim ulubionym kosmetyku:

  •  alergeny – wymieniane na końcu składu. Obecnie istnieje obowiązek ujawnienia w INCI 26 alergenów, wkrótce ta lista ma wzrosnąć do 100. Alergeny nie zawsze oznaczają syntetyczną kompozycję – naturalne olejki również posiadają alergeny np. Citronellol występujący w olejku różanym, Limonene występujący w olejku cytrynowym, Geraniol czy Benzyl Benzoate wystepujący np. w olejku ylangowym. Alergeny muszą być wymienione na etykiecie, jeśli występują w składzie powyżej objętości 0,01%.
  • parfum – syntetyczna kompozycja zapachowa lub mix naturalnych olejków. W INCI mogą w ten sposób być oznaczone również mieszanki kilku olejków, które producent kupuje gotowe, a nie wprowadza do składu jako osobne olejki. Kompozycja powinna stanowić max 1% składu produktu. W praktyce jednak to nawet ok 5%. I nie ma czegoś takiego jak kompozycje hipoalergiczne. To ŚCIEMA!!! Jeżeli widzicie na opakowaniu taką informację, to oznacza to jedynie tyle, że alergeny znajdujące się w kompozycji, nie znajdują się na liście 26, które producenci mają obowiązek wpisywać do INCI.
  • konserwanty – w większości samo ZŁO. Najczęściej spotykane konserwanty:

DMDM Hydantoin – max 0,6 % niezalecany u dzieci i niemowląt – wydziela formaldehyd, który jest substancją rakotwórczą i drażniącą, przyspiesza starzenie skóry. Z powierzchni skóry wchłania się słabo, jednak u osób uczulonych lub o skórze wrażliwej może wywoływać podrażnienia, w skrajnych przypadkach zaburzać czynności gruczołów łojowych i powodować stany zapalne skóry. Kosmetyków z zawartością DMDM Hydantoiny nie należy stosować w okresie laktacji i ciąży.

Imidazolidinyl Urea – max 0,6% (nie mylić z mocznikiem) – jest to substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Wywołuje alergie.

Quaternium -15 – max 0,2 % – mylony często z substancją nawilżającą włosy. Tak na prawdę jest to substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu.

Fenoksyetanol – Phenoxyethanol – max 1% – to konserwant powszechnie stosowany w kosmetykach dla małych dzieci (zwłaszcza w kremach przeciw odparzeniom) oraz proponowany jako jeden ze składników kosmetyków dla młodych mam i kobiet w ciąży. Liczne badania wykazały, że toksyczność fenoksyetanolu może powodować skutki szkodliwe dla mózgu i układu nerwowego, nawet przy umiarkowanym stężeniu (w sytuacji połknięcia, wdychania lub wnikania bezpośrednio przez skórę).

Parabeny – max 0,4% dla pojedyńczego parabenu, max 0,8% dla mixu. Najlepiej przebadane konserwanty. Szukajcie ich na etykietach m. in. pod nazwami: methylparaben, ethylparaben, butylparaben. Reakcje jakie mogą powodować to: alergie, zapalenie skóry, pokrzywki, wypryski, rumienie, świąd. Poza tym konserwanty nie tylko zwalczają drobnoustroje dostające się do kosmetyków, ale także uszkadzają naszą „dobrą” florę bakteryjną na skórze, która chroni nas z zewnątrz przed najróżniejszymi zarazkami. Istnieją też przypuszczenia, że parabeny mogą powodować raka piersi.

Metyloizotiazolinon – Methylisothiazolinone – ze względu na wysoką skuteczność, masowo dodawany do produktów kosmetycznych. Często powoduje alergie, świąd i wypryski. Obecnie wycofywany z produktów, które pozostają na skórze ze względu na masowe uczulenia na ten składnik.

Kwas benzoesowy – Benzoic Acid – 0,2 – 4% – niska toksyczność, nie podrażnia skóry i błon śluzowych – dopuszczony do stosowania w kosmetykach naturalnych.

Alkohol benzylowy – Benzyl alcohol – max 1% w postaci estrów występuje naturalnie w olejkach eterycznych. Jako substancja konserwująca, jest dopuszczony przez instytucje certyfikujące kosmetyki naturalne.

  • Sodium Lauryl Sulfate = SLS Sodium Laureth Sulfate = SLES – spieniacze zabronione w kosmetyce naturalnej. Są to prawdopodobnie najbardziej niebezpieczne ze składników stosowanych w pielęgnacji skóry i produktach do pielęgnacji włosów. Podrażniają skórę i błony śluzowe, powodują przesuszenie skóry, zaburzają wydzielanie łoju i potu. Zmywają naturalną “dobrą” florę bakteryjną ze skóry oraz warstwę lipidową naskórka. W wypadku dostania się do nosa, często powodują jego nieżyt. Badanie przeprowadzone na University Medical College of Georgia wykazały, że SLS kumuluje się w tkankach, może powodować uszkodzenie oczu u dzieci, a u dorosłych rozwój zaćmy. Używane od dawna w przemyśle do odtłuszczania, mycia urządzeń i pomieszczeń. Niestety ponad 90% tzw. supermarketowych kosmetyków – żeli, szamponów, mydeł w płynie zawiera SLS. Nie stosować w czasie laktacji i ciąży.
  • Mineral oil, Petrolatum, Paraffin Oil, Paraffinum liquidum Olej mineralny, parafina, olej parafinowy – produkty destylacji ropy naftowej. Wytwarzane na ogół z resztek, które zostają po destylacji ropy naftowej. Hamują wymianę gazową i metaboliczną w skórze. Uniemożliwiają samodzielne tworzenie płaszcza lipidowego na powierzchni skóry. Nie rozkładają się biologicznie, a więc nasz organizm nie jest ich w stanie wydalić i przetworzyć. Sprzyjają powstawaniu trądziku, zaskórników, przyśpieszają procesy starzenia (rozwój bakterii beztlenowych). Są tanie i łatwo dostępne. Cena parafiny jest nawet kilkudziesięciokrotnie niższa niż organicznego oleju. Blokuje aktywność pozostałych składników aktywnych, zatrzymując je na powierzchni skóry.
  • PEG, czyli emulgatory polioksyetylenowane – związek chemiczny (lub mieszanina), który umożliwia powstanie emulsji oraz zapewnia jej trwałość. Mówiąc prościej pozwala połączyć się dwóm głównym składnikom kosmetyków: wodzie i tłuszczowi oraz nie pozwala im się na nowo rozwarstwiać. Mamy wersję emulgatorów sztuczną, tanią i szkodliwą, oraz wersję naturalną, zdrowszą dla skóry i oczywiście droższą. Droższe i nie mające negatywnego wpływu na nasz organizm są naturalne emulgatory pozyskiwane z kwasów tłuszczowych i cukrów (np. estry sacharozy, poliglicerolu, alkilowane poliglukozydy itp.). Niestety ze względu na cenę, są przez firmy produkujące kremy, zastępowane dużo tańszymi, sztucznie wytwarzanymi składnikami. Do tych tanich, szkodliwych zaliczamy tytułowe glikole polietylenowe i polipropylenowe czyli PEG i PPG. Już sam sposób ich powstawania jest mocno kontrowersyjny. Wytwarzane są z tlenku etylenugazu, który  jest silnie toksyczny, RAKOTWÓRCZY i zawiera wiele mutagennych substancji. U ludzi powoduje podrażnienie nosa, dróg oddechowych. Może doprowadzić do bólu głowy, wymiotów i zmęczenia.

SKÓRA DZIECKA JEST INNA NIŻ DOROSŁEGO

Skóra jest największym narządem naszego ciała o złożonej, warstwowej budowie, niezbędnym do prawidłowego funkcjonowania organizmu jako całości. Osłaniając organizm od zewnątrz umożliwia ona jego kontaktowanie się ze światem zewnętrznym przekazując bodźce do środkowego układu nerwowego przez wielorakie receptory. Zdrowa skóra dorosłego człowieka stanowi doskonałą barierę dla organizmu przed wpływem czynników zewnętrznych: chroni przed wiatrem, wodą, bakteriami, kurzem czy słońcem. Skóra noworodka nie jest natomiast jeszcze w pełni rozwinięta, płaszcz lipidowy musi się najpierw wytworzyć. Wiedzieliście, że skóra maluchów jest 5 razy cieńsza od skóry osoby dorosłej i mniej elastyczna, produkuje mało tłuszczu, gdyż gruczoły łojowe pracują nadal wolniej? Dlatego młoda skóra reaguje bardzo wrażliwie na złą pielęgnację. Musi minąć około 10 lat aż skóra dziecka stanie się tak samo gruba jak u dorosłego człowieka. To najlepszy powód, żeby stosować kosmetyki naturalne dla dzieci od 1. dnia życia. Tym bardziej, że londyńscy naukowcy udowodnili, że skóra dzieci jest jak gąbka i chłonie wszystkie składniki kosmetyków, jakie są na nią aplikowane oraz kumuluje je wewnątrz organizmu. Okazało się, że po 12 godzinach od aplikacji składniki kosmetyków były wykrywane we krwi!!! Dlatego unikajcie chemii jak ognia i postawcie na kosmetyki naturalne.

KOSMETYKI NATURALNE A SYNTETYCZNE

Różnica między preparatami biologicznymi a chemicznymi jest zasadnicza. Główna różnica polega na tym, iż preparaty naturalne pobudzają i wspomagają skórę w jej naturalnych funkcjach fizjologicznych, natomiast te chemiczno – syntetyczne pracują za skórę, zakłócając jej naturalny rytm i wyłączając ją z procesów odnowy. Produkty kosmetyczne dostępne na rynku przyciągają kolorowymi opakowaniami i cudnymi zapachami. To powoduje, że często sięgamy po produkt nie zapoznając się z jego składem. Ekstrakty i oleje w produktach chemiczno – syntetycznych zwykle stanowią zaledwie procent całego składu i tak naprawdę giną w gąszczu różnego rodzaju barwników, konserwantów, rozpuszczalników i emulgatorów, a ich działanie zostaje zniwelowane. Składy konwencjonalnych produktów kryją wyjątkowo drażniące i szkodliwe dla skóry oraz całego organizmu substancje, które powodować mogą rozmaite choroby – egzemy, trądzik, alergie skórne, a nawet raka. Niektóre substancje przenikają do wewnątrz organizmu i odkładają się tam, zaburzając jego funkcje, co może prowadzić do rozwinięcia się chorób układu nerwowego i nowotworów. Wiem, wiem, kosmetyki naturalne, ekologiczne są drogie. Ale z drugiej strony nie może być tani, ze względu na fakt, iż w przeciwieństwie do tradycyjnych kosmetyków, skład stanowić muszą w pełni naturalne i certyfikowane surowce, które są wielokrotnie droższe od tradycyjnych półproduktów. Zawartość składników aktywnych jest dużo wyższa, ponieważ w kosmetologii tradycyjnej często ponad 60% składu stanowi woda, do której dodaje się zagęstnik i zapach tworząc gotową masę. Surowce naturalne są dużo bardziej wymagające w produkcji, zarówno pod względem technologii jak i przechowywania. I tak na przykład, by stworzyć krem z filtrem przeciwsłonecznym i osiągnąć ochronę na poziomie SPF 30, należy dodać średnio od 1-5% filtra chemicznego, natomiast by uzyskać taki sam efekt filtrem mineralnym, należy dodać go do składu około 30%, a koszt filtra naturalnego jest kilkadziesiąt, a nawet kilkaset razy wyższy niż filtra chemicznego. Kosmetyki syntetyczne, których wiele z Was używa, często są w podobnych cenach (np. tzw. kosmetyki apteczne). A prześledźcie skład: prawie w każdym parafina, paskudne konserwanty, itd… Pewnie bardziej szkodzą niż pielęgnują. A skąd ich wysoka cena skoro są tanie w produkcji?

NIE DAJ SOBIE ZAMYDLIĆ OCZU!

Wiecie, że producenci kosmetyków, stosują sprytne sztuczki, by zasugerować nam, że produkt jest naturalny, a wcale taki nie jest:

  • projektują opakowanie, które swoim wyglądem nawiązuje do naturalności (tekstura, papier czerpany, kolory ziemi, czcionki rustykalne),
  • podkreślają na pudełku informacje o jednym/dwóch składnikach aktywnych posiadających certyfikat Ecocert (pozostała część składu, już nie taka eko, napisana oczywiście maleńką czcionką, znajduje się na spodzie opakowania, w najmniej widocznym miejscu),
  • umieszczają logo instytucji certyfikującej przy surowcu, sugerując w ten sposób iż cały kosmetyk posiada certyfikat (jest to działanie bezprawne, instytucje certyfikujące każą za takie procedury),
  • do produktów nienaturalnych dodawany jest jeden surowiec certyfikowany i eksponuje się go w kampanii marketingowej np.: „zawiera organiczny olej ze słodkich migdałów”. W ten sposób odwraca się naszą uwagę od pozostałego składu, skupiając uwagę na jednym surowcu,
  • wybierają nazwę kojarzącą się z ekologią, organicznością, choć same produkty nie mogą się tym poszczycić,
  • producenci używają formuły: produkt nie zawiera: tu cała lista z tablicy Mendelejewa. Często produkt zawiera jednak jakieś inne, mniej znane sztuczne składniki, co powoduje, że kosmetyk nie jest już naturalny.

Certyfikaty ekologiczne takie jak Ecocert, BDIH, NaTrue czy Cosmebio pomogą Wam wybrać naturalny produkt. Warto jednak poszukać na półkach naturalnych produktów firm, które mimo szczerych intencji i doskonałego składu, nie decydują się na certyfikację. Cóż, jak większość takich instytucji, tak i te zarabiają na tym co robią. A zarabiają niemało. Dlatego wielu małych producentów nie stać na certyfikowanie, ponieważ wiąże się ona z ogromnymi kosztami, a to podrożyłoby produkt na półce w sklepie.

Możecie też postawić na całkowitą naturalność i zamiast oliwki czy balsamu używać oleju migdałowego, oliwy z oliwek, oleju sojowego, słonecznikowego (tłoczonych na zimno). A do kąpieli (zamiast emolientu napakowanego parafiną) użyjcie oleju sojowego zmieszanego z olejkiem lawendowym (100 ml oleju + 20 ml olejku): ok. 20 ml wlej do wanny i kąpiel nawilżająca gotowa – nie trzeba używać balsamu :)

Ja ostatnio dokonałam odkrycia kosmetycznego. Firmę Momme. Całkowicie ekologiczne i naturalne kosmetyki. A jak pachną… Moim faworytem jest aksamitna oliwka pielęgnacyjna (gęsta jak balsam – jedyna na świecie oliwka dla dzieci i niemowląt zagęszczana w naturalny sposób – maniokiem) i odżywcza śmietanka do kąpieli (może być używana do wanienki lub pod prysznic). A na celowniku mam jeszcze spacerowy krem na każdą pogodę, bo pewnie niedługo aura będzie wymagała jakiejś ochrony małych pyszczków.

22967-NU9IVZ

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Pinterest