Co u nas

Grudniowe wyczekiwanie

Po listopadowym szaleństwie z dinozaurami (możecie zobaczyć TU) przyszedł czas na kolejny miesiąc wyczekiwania i odliczania. Grudzień to czas kalendarzy adwentowych! Na naszych schodach, jak co roku od lat 3 (lub 4), również takowy zawisł. Nasz składa się z 24 (a jakże!) płóciennych woreczków zawiązywanych wstążeczką.

kalendarz adwentowy

Kalendarz adwentowy, to wspaniała zabawa dla dzieci oraz coś, co pozwoli im zwizualizować sobie ile jeszcze zostało czasu do świąt (jak wiadomo dzieci – szczęśliwcy czasu nie liczą, bo nie umieją). A tu: każdy woreczek przybliża o jeden dzień do Gwiazdki i wystarczy policzyć pełne woreczki i od razu wiadomo ile dni zostało :)

Co ja upycham do tych woreczków? Do tej pory (i w tym roku też) kupowaliśmy zestaw „czegoś” i to „coś” dzieliśmy na części (np. zestaw klocków LEGO Duplo z „Małej Syrenki” – codziennie Misia dokładała do budowli klocki z kolejnego woreczka, a napięcie i niepewność trwały do samego końca, ponieważ dopiero w ostatnim woreczku ukryci byli główni bohaterowie zestawu – Arielka i Fabiusz). W tym roku w workach chowają się części do drewnianego kulodromu, więc grudzień mamy pod znakiem konstruowania. Żeby nie było całkiem nudno, to w niektórych są dodatkowe niespodzianki: słodycze, owocowa pomadka dla małej damy, czy co nie co do kolekcji farmy (koniki, taczki, świnki, itp.). Postanowiłam też co kilka dni dorzucić specjalne „zadania” do wykonania: ubieranie choinki, wycieczka całą rodzinką na Jarmark Bożonarodzeniowy, przygotowanie paczki świątecznej dla potrzebujących, pieczenie pierniczków.

kalendarz adwentowy3

kalendarz adwentowy2

kalendarz adwentowy1

Dinovember

Dopadło i nas. Listopadowe dinozaurowe szaleństwo. W tym roku jeszcze skromnie, zaledwie dwa osobniki dokazywały. Ale patrząc na to, jaką radość sprawiały Misi ranne poszukiwania i sprawdzanie co „one dzisiaj znowu wymodziły”, to wiem, dinovember stanie się naszą coroczną tradycją (przynajmniej do czasu, kiedy dziewczyny będą wierzyły i miały frajdę), a nasza dinozaurowa rodzinka w ciągu roku się powiększy.

CO TO TEN DINOVEMBER?

Dinovember to idea rodziców, którzy chcieli rozpalić wyobraźnię swoich dwóch córek oraz wprawić je w prawdziwy zachwyt. Wymyślili oni, że dinozaury w ich domu będą co noc „ożywać” i rozrabiać. A potrafią nieźle narozrabiać – zobaczcie tu. I muszę Wam powiedzieć, że to na prawdę działa! Myszata co wieczór przed pójściem spać rozmyślała, co też „te łobuzy znowu wymyślą”, a pierwszą rzeczą po obudzeniu się było przeszukanie całego domu. Kiedy je znalazła przybiegała do nas, cała przejęta i opowiadała, co tym razem zmalowały.

Polecam Wam tą zabawę. Sprawia radość nie tylko małym, ale też dużym. Generalnie to wykonanie takiej dinozaurowej aranżacji zajmie Wam chwilę (serio!, nam nawet zdarzyło się zapomnieć i biegliśmy z samego rana, zanim jeszcze Myszata zdążyła wstać, żeby szybko coś wykombinować). Jak dzieci pójdą spać, to przygotowujecie jakąś scenkę z udziałem zabawek, która będzie czekać na małego człowieka i zachwyci go z samego rana. To jak urodziny przez cały miesiąc, albo gwiazdka :)

A to kilka naszych aranżacji.

dinovember02 dinovember03 dinovember04 dinovember05 dinovember06 dinovember08 dinovember09 dinovember10

dinovember11 dinovember13

Tegoroczną przygodę z dinozaurami zakończyliśmy dość dramatycznie. Ostatni tydzień listopada spędziliśmy na chorowaniu. Przypałętał się do nas jakiś rota wirus. Zaczęło się od Poli, potem odcierpiała Misia, następnie ja, a na końcu Małż. Choroba nie mogła ominąć również dinozaurów… (uwaga! tylko dla ludzi o mocnych nerwach…)

dinovember12

Przyłączycie się w przyszłym roku?

Chillout-owa sobota

Lubię jesień. Ale tą bez ciapy – chlapy, wiatru głowo – urywacza i szaro – burości. Tę jesień kiedy jeszcze lekko przygrzewa Słońce (ono ma taki inny kolor, taki ciepły), a wiaterek jest jeszcze przyjemny. Kiedy powietrze pachnie tak specyficznie, pachnie hmmm… jesienią. No i te kolory. A u nas dawno nie było tak spokojnie, bez spinki, bez zabiegania, bez tego „MUSZĘ zrobić to, to i to”. Nawet nikt za płotem nie łaził :) Pogoda w zasadzie dopisała, Słońce też prześwitywało czasami. Cały dzień spędziliśmy w ogrodzie. Małż próbował się za coś zabrać (miała zostać zlikwidowana stara piaskownica i powstać nowa), ale podłoże nie chciało z nim współpracować i ostatecznie skończyło się tylko na rozbiórce. Generalnie dzień zszedł na szwendaniu się, polegiwaniu, spacerach i nic nie robieniu. A na koniec odbyło się pieczenie kiełbachy. I to ja rozumiem…

DSC_0562

DSC_0566

DSC_0568

DSC_0580

DSC_0582

DSC_0596

DSC_0599

DSC_0608

DSC_0610

DSC_0616

DSC_0622

DSC_0628

DSC_0630

DSC_0564

DSC_0634

DSC_0626

A nie… Powstało jeszcze coś. Cały kocioł konfitury śliwkowej. Robionej na ognichu, więc pachnącej dymem. Mmmm… Mniam, mniam.

DSC_0559

DSC_0600

7,5 kg dojrzałych węgierek (z dodatkiem jednego jabłka na każdy kilogram) przerobionych zostało na konfiturę. Pyrkało to sobie nad ogniskiem przez jakieś 5 – 6 godzin. A wyszło miód – malina! Jeśli nie macie możliwości „użycia” ogniska, to równie pyszne konfitury wyjdą przy użyciu garnka i kuchenki (no może będzie trochę brakowało tego aromatu dymkowego). Na zimę jak znalazł!

DSC_0602

DSC_0604

DSC_0605

Skalne miasto – Teplice

Korzystając z trwającego jeszcze urlopu Małża postanowiliśmy wybrać się na małą rodzinną wycieczkę. Małą, bo jednodniową. Ale to co zwiedzaliśmy małe nie było :) Tuż za granicą polsko – czeską jest fascynujące miejsce: Adsprasko – Teplickie Skały. A w tych skałach dwa skalne miasta. Są to niesamowite formacje skalne i największe skalne miasta w Europie Środkowej. Mnie te skalne miasta przywodzą na myśl Nowy Jork: są ogromnie i na prawdę wyglądają jak ogromne miasta, albo jak wieżowce.

Mieliśmy mały dylemat czy dzieci dadzą radę: Misia przejść spory kawałek drogi, a Polcia wytrzymać tyle czasu w nosidle (jedno skalne miasto zwiedza się jakieś 3 godziny). Ale nie było czym się przejmować, bo obie dziewczyny super się spisały.

Do samego skalnego miasta z parkingu trzeba dojść, lekko pod górkę. Natomiast samo skalne miasto zwiedza się, w zasadzie „po równym”.  Pierwszą atrakcją jest zamek na skalę, do którego trzeba się wdrapać po 300 schodach (a jak się później okazało to pod koniec są to właściwie drabiny – więc jeśli macie problemy z tego typu podłożem to nie polecam :) Ja odmówiłam zwiedzania tej atrakcji, ale Misia stanowczo zażądała wejścia na górę (myślałam, że po wejściu i zejściu będzie miała dość wszystkiego, ale jakże się myliłam…). Generalnie okazało się, że P. z dwójką dzieciaków (tak, tak, Pola również „powędrowała” na górę) stał się, sam w sobie, niezłą atrakcją turystyczną :) Po zejściu z zamku szlak dalej prowadzi lekko pod górkę, aż dochodzi się do pętli, czyli właściwego skalnego miasta. I tam zaczyna się prawdziwa zabawa :) Podążamy labiryntem ogromnych skał, co i rusz widzimy tabliczki kierunkowe z nazwami różnych skałek (niektórym trzeba się mocno przyglądać i wykazać się ogromną wyobraźnią, żeby dojrzeć to,co autor miał na myśli), przeciskamy się szczelinami w grotach skalanych. Była wędrówka, był i piknik na skale. Dzień uznaliśmy zgodnie za udany, a Misia pyta kiedy znów pojedziemy w góry. Myślę, że miejsce warte odwiedzenia, bo dość nietypowe. Z resztą zobaczcie sami :)

20150814_154448

20150814_155212

20150814_160059

20150814_160145

20150814_160433

20150814_160502

20150814_163500

20150814_171548

20150814_172008

Takie cuda mamy bardzo blisko granicy. My przekraczaliśmy granicę w Golińsku koło Wałbrzycha. Należy kierować się na Teplice nad Metuji. Tu jest skalne miasto, które my zwiedzaliśmy. Natomiast adspraskie skalane miasto można zwiedzić idąc szlakiem przez wilczy wąwóz (wtedy wejście do obu skalnych miast mamy w cenie jednego), lub podjeżdżając na parking i korzystając z krótszej drogi. Co ważne nie trzeba wyposażać się w korony czeskie, można płacić złotówkami (parking  10 zł za cały dzień) oraz kartą za wejście.

5 lat minęło jak błyskawica…

… jak z bicza strzelił, rach – ciach, szast – prast, w oka mgnieniu… Ogólnie to szybko, bardzo szybko. Dopiero co się urodziła, dopiero co zaczynała chodzić, biegać. Dopiero co musiałam jej we wszystkim pomagać, tłumaczyć, uczyć. A teraz to już mała pannica :) Mała, 5 – letnia dama. Wszystko wie najlepiej, zawsze musi mieć ostatnie zdanie, świetnie sobie radzi. Nie zginie w tłumie, na pewno nie. I jak tak teraz patrzę na nią i oglądam te zdjęcia, to nie wierzę, że to było jednocześnie tak dawno i tak niedawno. I jakoś tak smutno mi, że ten czas tak gna do przodu. Nim się obejrzymy Polasiek wyrośnie jak starsza siostra, dziewczyny pójdą do szkoły, na studia, wyprowadzą się. Musimy bardziej czerpać z chwili obecnej! Nie rozpamiętywać, nie wypatrywać dnia następnego. Tu i teraz!

Generalnie to zryczałam się jak bóbr! 5 lat życia zmieszczone na stu kilku zdjęciach…

Wakacyjna harówka.

Jeśli wydaje Ci się, że wakacje z małym dzieckiem (takim powiedzmy do roku – półtora) to sielanka, cud – malina i błogi spokój, to się grubo mylisz. I biada Ci jeśli nie zdasz sobie z tego sprawy. Możesz mieć spaprany urlop i zły humor przez cały wyjazd. Ale jeśli… Ale od początku.

Byliśmy nad morzem. Wyjazd trochę nieplanowany, spontaniczny. Generalnie to mieliśmy jechać sami (ewentualnie z Miśką) i tylko na weekend, z racji tego, że 25-26 lipca w Gdyni był SeeBloggers, w którym miałam okazję uczestniczyć. Ale Małż stwierdził, że skoro mamy się tarabanić tyle kilometrów, to pojedźmy na kilka dni dłużej. I tak, nie dość, że zrobił nam się cały tydzień, to jeszcze pojechali z nami moi rodzice. Wakacje rozpoczęliśmy na Helu, a skończyliśmy weekendowo w Gdyni. Kiedy wyjeżdżaliśmy pogoda zapowiadała się przepięknie: słońce, gorąc. Nastawiłam się na plażowanie, wylegiwanie, czytanie gazet, książek i w ogóle pełen luuuz… (no! jeszcze wtedy taka naiwna byłam). Dojechaliśmy na miejsce, a tam… leje. Normalnie ulewa, oberwanie chmury i ziąb. A ja oczywiście przygotowana na odwrotność pogodową: w walizce jedna bluza, a poza tym cienko, lekko, zwiewnie. Michalina zafiksowana na plażę, że już, natychmiast, w związku z tym czarna rozpacz. Na szczęście następnego dnia wypogodziło się i mogliśmy przywitać się z morzem. Kolejny dzień to już super pogoda, więc zaraz po śniadaniu załadowaliśmy cały ekwipunek i wyruszyliśmy nad morze. Rozłożyłam się z leżaczkiem, gazetką i…hellloooł…co ja sobie myślałam!?! Że będzie, co najmniej, jak w zeszłym roku, kiedy Pola była po tamtej stronie brzucha? Że Małz z Misią do kopania dołów i budowania zamków, a ja w tym czasie relaksik? O jakże ja się myliłam! Owszem Miśka z tatą non-stoper w wodzie lub piachu się babrali, ale małego „karakanka” nie można było na sekundę z oka spuścić. Ba! Nawet z rąk wypuścić. Bo zaraz zabierała się do konsumpcji: piachu, kamieni, patyków, petów (sic!) i wszystkiego co udało jej się schwytać. Jak ja się cieszyłam kiedy następnego dnia nie musieliśmy iść na plażę. Przynajmniej nie na cały dzień. Ja natomiast przewartościowałam sobie wakacyjny światopogląd i nastawiłam się na przyjemność dzieci. Bo szczęście dzieci rodzi szczęście i święty spokój rodziców.

Pozostałe dni naszego wyjazdu nie „grzeszyły” idealną pogodą, przez co musieliśmy zapewnić dzieciom (w naszym przypadku to w sumie tylko Misi, bo Polciak na razie niewiele wymaga) moc atrakcji i rozrywkę. Były foki, i spacery, i latarnia w Helu. W Gdyni, natomiast dwa statki: „Dar pomorza” i ORP „Błyskawica”,oceanarium (pomyłka, kompletnie nie polecam), świetny plac zabaw przy plaży i Centrum Nauki EXPERYMENT, w którym Miśka spędziła z tatą 3 godziny i wołami trzeba było ją stamtąd wyciągać. Generalnie to wakacje były intensywne i…trochę męczące. Ja, ZŁA MATKA, marzę o tym, żeby na wakacjach odpocząć (od dzieci też, a co!), poleniuchować i mieć wszystko głęboko… Co nie zmienia faktu, że z dzieciami też jest super i spędziliśmy razem cudowne chwile…

20150720_110743

20150720_111646

20150720_114725

20150720_111303

20150722_193346

20150722_193439
20150722_193513

20150722_193655

20150722_120705

20150722_122408

20150721_202101

20150720_220158

20150725_142411

20150726_104604

20150726_182423

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Pinterest