About Ula Piotrowska

Posts by Ula Piotrowska:

Nie lubię…

Nie lubię nie mieć czasu. Czasu dla siebie, na robienie tego co chcę i kiedy chcę.

Nie lubię pić w pośpiechu popołudniowej kawy, ze skaczącym potworkiem na kolanach.

Nie lubię nie móc wyjechać na romantyczny weekend z Małżem. Niby nie jest to niemożliwe, ale konieczne jest uruchomienie wcześniej całej siatki planująco – strategicznej. A ja wolę na spontanie…

Nie lubię na wakacjach nie móc poleżeć na plaży z książką i przysnąć kiedy mi przyjdzie ochota. A zamiast tego musieć co chwilę chlapać się i warownie na pół plaży budować.

Nie lubię sprzątać tego co już przed chwilą posprzątałam. I kiedy odwracam się, żeby posprzątać to co już było posprzątane i „się momentalnie zdążyło zabałaganić”, wtedy tamto wcześniejsze znowu w nieładzie…(nooo…wiecie o co mi chodzi…) I tak w koło Macieju!

Nie lubię śladów lepkich łapek na wszystkich możliwych powierzchniach.

Nie lubię jeździć śmieciarką. A tak zwykle wygląda mój samochód po wycieczce rodzinnej (mimo moich usilnych prób wprowadzenia zasad utrzymywania porządku).

Nie lubię mieć „oczu naokoło głowy” i być w ciągłej gotowości do ratowania życia i zdrowia małych autodestruktorów.

Nie lubię nie wysypiać się przez kilka kolejnych lat z rzędu.

Nie lubię przemocy w łóżku, kiedy jestem przez pół nocy okładana przez małe stópki i piąstki (które, o dziwo, mają nad wyraz dużo siły), a przez drugie pół spychana z łóżka.

Nie lubię ciągle słyszeć NIE i musieć wymyślać milion argumentów, żeby przekonać do swojej racji lub skłonić do zrobienia czegoś, na czym mi zależy.

Nie lubię czytać tej samej książeczki po raz milionowy (a jednocześnie nie mieć czasu/siły na czytanie swoich książek) i układać tych samych klocków/puzzli po raz 125.

Nie lubię słuchać jęczenia: z niewyspania, głodu, nudy. I kiedy mała Męczybuła zawsze swoje jęki poprzedza zwrotem: „ale mamoooo….”

Nie lubię jak błahy problem (nie wiem, dajmy na to: obiad na talerzu z Kubusiem Puchatkiem, zamiast z jeżykiem) urasta do takiej rangi, że kończy prawie wojną atomową.

Nie lubię tych wszystkich buntów, począwszy od dwulatka, skończywszy pewnie… dopiero jak wyprowadzi się z domu.

Nie lubię musieć w restauracji uciszać, zwracać uwagę i nagabywać ciągle żeby jadło. Czuję jak mi wtedy „wrzody rosną”.

Nie lubię mieć domu urządzonego przez architekta do lat sześciu.

Nie lubię chodzić do toalety w towarzystwie.

Nie lubię mieć codziennie jednej myśli na koniec dnia: „one mnie wykończą…”

Nie lubię babrania się w gilach, kupach, wymiocinach.

Pewnie znalazłabym jeszcze pierdyliard rzeczy, których nie lubię. Czy to oznacza, że nie lubię swoich dzieci? Że nie chciałabym ich mieć? Wręcz przeciwnie. Kocham je, a one są najlepszym co mi się w życiu udało!

nie lubie...4
nie lubie...3

nie lubie...2

nie lubie...1

nie lubie...

kolczyki

Dziury w uszach

Przeczytałam ostatnio na jakimś chyba forum dyskusję na temat dziurawienia uszu maleńkim dziewczynkom. Zaczęło się od tego, że ktoś opisywał sytuację z salonu kosmetycznego: rodzice z maleńkim, ok. rocznym dziecięciem pojawili się w celu zamontowania kolczyków. Dziecko pogodne, zadowolone, a kiedy cała „akcja” się zaczęła: krzyki, ryki, spazmy, zapowietrzanie się od płaczu i w ogóle tragedia. Po wszystkim z gabinetu wyłonił się nieco zagubiony tatuś z ledwo żywym dzieckiem oraz bardzo zadowolona mamusia. Czytając to, włos na głowie mi się zjeżył i zastanawiałam się jak można, jednocześnie ciesząc się, że mało jest takich „odjechanych mamusiek”. A wtedy coś mnie podkusiło, żeby zagłębić się w komentarze. I wtedy dopiero wszelkie włosy się podniosły. Okazało się, że pani autorka komentarza (której nastawienie do całej sytuacji było mocno negatywne) została zbesztana, a cały ogrom „mamusiek”, nie kryjąc swej dumy, opisywało tortury, jakim poddawało swoje dzieci. Niektóre dzieci miały już kolczyki jako roczne, półroczne, a nawet miesięczne bąble. Jedne darły się w niebogłosy, a inne w miarę spokojnie przetrwały cały zabieg. Ja się tylko pytam: PO CO?!?! Bo będzie ładniejsza? Bo będzie bardziej dziewczynką, niż ta bez kolczyków, nie będą jej mylić z chłopcem? A weź matka i kup jej kieckę, też będzie widać, że dziewczynka, a stresu dziecku zaoszczędzisz!

Pojawiały się też argumenty, że jak małe, to mniej boli. Guzik prawda. Dziurawienie ciała zawsze boli tak samo, tylko, że jak dziecko starsze to bardziej świadome i można je przygotować. A najlepiej niech decyzję podejmie sama, jak do tego dojrzeje.

Ja miałam kolczyki w wieku 12, może 13 lat. Nie uważam, żeby moje dzieciństwo na tym ucierpiało, a tym bardziej moja kobiecość. Co do moich dzieci, to Michalina poprosiła w zeszłym roku o przebicie uszu. Wzbraniałam się, bo nie uważam, że 5-letniemu dziecku jest to potrzebne do szczęścia, ale w końcu się zgodziłam. Opowiedziałam jej na czym polega zabieg, że będzie trochę bolało. Była przygotowana no to, co ją czeka. Moja córka jest strasznym wrażliwcem i panikarą i przebicie pierwszego ucha wywołało na jej twarzy eksplozję zdziwienia, strachu, zmieszania i wiem, że gdyby to działo się bez jej zgody, to byłby płacz i pewnie chciałaby uciec. A tak, to zacisnęła ząbki i pozwoliła dokończyć zabieg. Mimo, że Miśka jest już dość duża, to w ciągu tego roku zdarzyło jej się zgubić kolczyk, kilkakrotnie wyrwać z ucha (co wiązało się z ponownym procesem gojenia). W związku z tym, ze względu na ruchliwość, nie wyobrażam sobie Poli w kolczykach przed ukończeniem 18 – stki 😉 A piękne kolczyki, które dostała na pamiątkę Chrztu poczekają na nią tak długo, jak będzie trzeba.

beza_5

BezoweLove

Będzie niezdrowo. Chociaż nie, nic niezdrowego tam nie ma. Ale na pewno będzie bardzo kalorycznie i przepysznie. Beza chodziła za mną od pewnego czasu, ale jakoś tak się nie składało. Poza tym postanowienie o ograniczeniu cukru, byciu fit i w ogóle. Ale w końcu uległam. A może to z rozpaczy po oddaniu dziecka do żłoba? Tak, tak, moje biedne dzieciątko wychowywane jest przez obcych przez całe 3 godziny dziennie. Albo z nadmiaru czasu… Poza tym wszystko przez to, że robiłam jakieś danie dla Miśki, w którym były żółtka. Skoro zużyłam żółtka, to białka zostały. Dwa dni do mnie mówiły za każdym razem, kiedy otwierałam lodówkę, aż w końcu nie dałam rady im się oprzeć :) Miałam tylko 3 białka, więc uznałam, ze grzech nie będzie taki duży… I machnęłam sobie bezę cappuccino ze słodką wkładką i bakaliami. Wyszła nie za duża, jednowarstwowa, w sam raz dla dwójki 😉

beza

beza_2

Mmmm…Ślinka mi cieknie 😉

Składniki:

  • 3 białka
  • 150 – 180 g drobnego cukru
  • 3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • szczypta soli
  • 1 1/2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka octu winnego
  • małe opakowanie śmietany kremówki
  • kajmak w puszce
  • kakao (lub karob) do posypania
  • bakalie, orzechy do przyozdobienia (ja użyłam orzechy pekan, włoskie i daktyle)

Cukier wymieszaj z kawą. Białka (nie muszą być w temperaturze pokojowej) ubij ze szczyptą soli do sztywności. Stopniowo, łyżka po łyżce, dodawaj cukier wymieszany z kawą, ubijając dokładnie po każdym dodaniu. Na koniec dodaj ocet i ubij. Na sam koniec dodaj przesianą skrobię ziemniaczaną i delikatnie wymieszaj szpatułką.

Blachę wyłóż papierem do pieczenia lub matą teflonową. Na papierze narysuj okrąg o średnicy około 22 cm i wyłóż na niego masę bezową, ukształtuj od spodu szpatułką, wyrównaj wierzch.

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180ºC. Umieść ubite jajka w piekarniku i natychmiast przekręcić temperaturę do 150ºC. Piecz przez około 1 godzinę. Beza powinna być sztywna i chrupiąca z wierzchu, piankowa wewnątrz. Zostaw do wystudzenia w uchylonym lekko piekarniku.

Kiedy Twoja beza będzie już całkowicie wystudzona,  ubij śmietanę kremówkę (śmietana, misa i końcówka do ubijania muszą być zimne). Na bezę wyłóż kajmak,a na niego delikatnie śmietanę. Oprósz kakao i posyp ulubionymi bakaliami.

Przy okazji tego ciasta musieliśmy być z Małżem bezowymi skrytożercami, żeby Miśka nie widziała, że pochłaniamy coś słodkiego, co jest dla niej zakazane (alergia na białko jaja). Jednak przyłapała nas… Dlatego, żeby nie padła z żalu i żeby zaświętować przybycie Wróżki Zębuszki znalazłam bezę zrobioną bez białek. Niemożliwe? A jednak. Przepis znalazłam na mojewypieki.com. Co prawda Dorota zrobiła małe beziki, ale ja zrobiłam Pavlovą. I powiem Wam, ze w smaku trudno poznać roznicę :)

beza_3

beza_4

Zamiast białek używamy  wody po ciecierzycy w puszce. Reszta składników bez zmian (nie dodajemy tylko mąki ziemniaczanej i kawy). Ubijanie piany w tym przypadku trwa dłużej niż tradycyjnej. Cukier dodajemy łyżka po łyżce i długo ubijamy po każdej. Na koniec ocet winny. Powinna powstać gęsta, sztywna, błyszcząca piana.

Z wody z jednej puszki powstały mi 2 bezy, które piekłam wg. wskazówek wyżej. Przedłużyłam pieczenie o jakieś 20 – 30 minut i studziłam również w uchylonym piekarniku.

Po wystudzeniu na bezę wyłóż kajmak i ubitą pianę, następnie drugą bezę, znowu kajmak i śmietanę. Posyp kakao i bakaliami.

Beza była taka pyszna, że mały człowiek za wszelką cenę próbował się do niej dobrać i nie pozwalał mi zrobić zdjęcia :)

beza_5

35480-O06F09

Matko Polko nie rób z siebie męczennicy!!

Jesteś matką. A cały świat, z Tobą na czele, uważa, że masz być Tylko matką. Matką karmiącą, czuwającą, opiekującą się. Do tego nikt Cię nie zwalnia z funkcji żony, kucharki, sprzątaczki, a po jakimś czasie, kiedy wracasz do pracy, z roli pracownika miesiąca. Masz być SUPERBABĄ! Multifunkcyjną SUPERBABĄ.

Jak wygląda Twój dzień? Zrywasz się rano, po niezbyt dobrze przespanej nocy, bo akurat zęby, brzuszek, gorączka, katarek, czy po prostu trzeba było 27 razy poprawić dziecięciu kołderkę… Pędzisz najpierw do łazienki, żeby się jakoś ogarnąć (nie jest to łatwe zważywszy na rozwichrzone włosięta i podkrążone oczy). Kiedy wyglądasz już na tyle „dobrze”, że stwierdzasz, że ludzi straszyć nie będziesz, budzisz dzieci i szykujecie się (jest to proces długi i rozlazły – złe skarpetki, rajstopki, nie te spodnie, albo bluzka, mycie zębów trwa 15 min.). Szybkie śniadanie i już jesteście przy drzwiach gotowi do wyjścia. Ale gdzie są dzieci? No tak: w samym środku układania puzzli (których, notabene, nie ruszały przez ostatnie pół roku – ale akurat teraz sobie uświadomiły, że to ich ulubione). Więc mała awantura i wreszcie udaje się wyjść. Wskakujecie do auta, jedziecie i…korek. Stoicie i tracicie cenne minuty, a dzieci jęczą, ze nuda. Alternatywnie wsiadacie do tramwaju/autobusu, miejsc oczywiście brak, Ty z wózkiem więc wszyscy patrzą jakby chcieli Cię zabić, ścisk jak w puszce sardynek, a dzieci jęczą, że tłok. Ewentualnie w obu przypadkach mogą się kłócić. W każdym razie, zanim dzień na dobre się zaczął, Ty już masz dość (w tym czasie Twój małżonek wstaje dopiero jak wyjdziecie, wypija kawę i spokojnie udaje się do pracy). Docieracie jakoś do żłobka/przedszkola/szkoły, odstawiasz dzieci i pędzisz do pracy. Tam cały dzień myślisz co masz jeszcze do zrobienia popołudniu (zakupy, obiad, ogarnięcie chałupy, odrabianie lekcji), jednocześnie tłumiąc w sobie wyrzuty sumienia pojawiające się w związku z sytuacją, że wróciłaś do pracy i tak mało czasu spędzasz z dziećmi. Wreszcie wybija 16, zamykasz komputer i biegniesz po nie, jedziecie do domu (korki/ścisk, dzieci jęczą/kłócą się), obowiązkowa wizyta w Biedrze osiedlowej i wreszcie objuczona siatami i dziećmi wchodzisz do domu. Tam czeka na Ciebie mąż z pytaniem: co dziś na obiad? Kiedy podajesz obiad, wszyscy kręcą nosem, bo każdy zjadłby coś innego. Potem jeszcze tylko musisz doprowadzić kuchnię do stanu używalności, opróżnić zmywarkę, załadować od nowa, wyjąć pranie, wstawić nowe, odrobić z dziećmi lekcje, przygotować kolację, wykąpać maluchy, utulić do snu. Wreszcie przed Tobą błogi wieczór z „M jak miłość” i… 3 koszami prasowania (z czym schodzi Ci do północy –  mąż o 23 położył się spać, bo „jutro czeka go Ciężki dzień). I tak dzień po dniu… Latem jedziecie na wakacje, na których nie odpoczywasz, bo zajmujesz się dziećmi – mąż nadrabia zaległości książkowe. Poza tym sami nie wyjeżdżacie nigdzie, bo drogo i w ogóle po co… Przecież macie dzieci i możecie wyjeżdżać tylko z nimi!

Wiem, wiem myślicie sobie: pogięło ją?!? przecież w dzisiejszych czasach nikt tak nie żyje, są związki oparte na partnerstwie, jest równouprawnienie, podział obowiązków. Ja znam przynajmniej jedną rodzinkę, która żyje w podobny sposób. I myślę, że w każdym domu znajdzie się chociaż jeden element z mojej historyjki. Więc Matko Polko nie rób z siebie męczennicy!!! Odpuść czasami, przerzuć część obowiązków na innych domowników, ustalcie zasady. I przede wszystkim odpocznij! Wolno Ci! Podrzuć czasami dzieciaki do babci, cioci, koleżanki, wyjdź gdzieś z mężem (lub sama). Na wakacje zabierz dziadków lub wyjedź większą grupą znajomych z dziećmi (każdy będzie miał czas odpocząć, a dzieci będą miały wystarczającą ilość osób do zapewnienia ciągłej rozrywki, a jak jest więcej dzieci to zajmują się same sobą). Pozwól dziadkom, ciociom zabrać swoje dzieci na weekend, noc, wakacje. Wyjedź gdzieś tylko z mężem (choćby na 2 dni) i napawaj się tą „wolnością” bez wyrzutów sumienia.

www.freepik.com/free-vector/super-woman-multitasking-illustration_832526.htm

auto

6 rzeczy, które pomogą Ci utrzymać względny porządek w samochodzie

Kiedy w twoim życiu pojawiają się dzieci, to Twój samochód – tak jak i dom – przestaje być Twoim królestwem. Do tej pory wymuskany, pachnący, zawsze czyściutki, staje się królestwem twoich dzieci. I nie ważne czy masz starego grata (chociaż takiego mniej szkoda), czy jeszcze pachnące nowością wymarzone auto, czy nawet najnowszego merca klasy S (czy ktoś mając dzieci kupuje takie auta?). Dzieci mają to w nosie. Chcą jeść w trakcie jazdy, to muszą dostać. I choćby nie wiem jak bronić się, to prędzej czy później skapitulujesz (chyba, że darcie się i wycie to muzyka dla Twoich uszu..). A z procesem jedzeniem wiąże się wszędobylski brud. Pół biedy jeśli to tylko okruchy, które łatwo można wyssać. Na porządku dziennym są też czekoladki, bananki, itp., które tak „cudownie” wtłaczają się w tapicerkę. Nieodzowne są też smrodki zapomnianych, zepsutych pozostałości pokonsumpcyjnych…

Sama jestem mamą i praktycznie codziennie moje dzieci podróżują ze mną, a w trakcie pałaszują różne smakołyki. Poza tym mój samochód jest naszym głównym, którego używamy jeśli jedziemy gdzieś razem. Niestety pozostawia on wiele do życzenia, jeśli chodzi o porządek. Ale samochód mojego Małża, to już czysta ma-sa-kra. To on odwodzi i odbiera zwykle starszyznę z przedszkola, a każdego ranka, w drodze urządzają sobie „przedśniadanka”. Skutkiem tego jest następująca sytuacja: kiedy otwiera się drzwi jego auta można spodziewać się ataku pustych kubeczków po jogurtach, torebek, papierków, butelek (po wodzie i soczkach – żeby nie było), skórek po bananach, ogryzków i wszystkiego co sobie wymyślicie (pewnie mnie zabije, jak przeczyta, ze piszę źle o nim 😉 a może zastosuje się do rad, kto wie).

Największy problem jest wtedy, kiedy trzeba tym swoim bałaganem na kółkach kogoś przewieźć. Zaczyna się tłumaczenie, że: sorki za bałagan, nie zdążyłam posprzątać, itd. … Mnie takie rzeczy nie ruszają i nie oceniam nikogo po tym co ma w samochodzie (czy w domu), ale wiem, że są esteci, którzy mogą być hmmm…zniesmaczeni :) Oto kilka przedmiotów, dzięki którym łatwiej będzie utrzymać porządek w aucie:

  1. gumowe dywaniki – łatwe do czyszczenia, nie przemakają. Nie raz uratowały moją podłogę przed tragedią. Zwykle wystarczy wyjąć i wytrzepać (od razu robi się względny porządek :) ), a jeśli zdarzy się jakaś gorsza brudna sprawa, łatwo myją się pod wodą. Jeśli w Twoim samochodzie są zwykłe dywaniki, to zmień, będziesz mieć mniej pracy i spokojniejszą głowę :)
  2. małe woreczki na śmieci – ja zwykle używam takich woreczków na psie odchody: rolka zajmuje mało miejsca, a woreczki są na tyle małe, że zmieszczą się w schowku w drzwiach samochodu czy w podłokietniku. Wszystkie śmieci lądują od razu w woreczkach i szybko można się ich pozbyć z samochodu.
  3. mokre i suche chusteczki – do szybkiego przetarcia rąk (dzięki temu samochód jest mniej uciapany), czy świeżych plam.
  4. organizer na oparcie –  ma podwójne zastosowanie: po pierwsze chroni przednie fotele przed brudnymi bucikami, a po drugie pozwala zorganizować dziecięcą przestrzeń z tyłu auta. Na rynku jest duży wybór: jednokolorowe, ale są też z postaciami z bajek.
  5. mata pod fotelik – tapicerka pod fotelikami skrywa często niespodzianki (o mamo!, co tam można znaleźć…). Jeśli wyjmujesz czasami foteliki, to wiesz o czym mówię :) Mata chroni tapicerkę przed brudem i zniszczeniem.
  6. organizery i siatki do bagażnika (tam też czai się chaos) –  pomagają utrzymać porządek i nic nie lata samopas po bagażniku, a zakupy pozostają w torbie zakupowej.orbanizacja-w-aucie

 * przykładowe zdjęcia produktów, o których piszę

Zdjęcie pochodzi ze strony: https://unsplash.com/photos/irm6EmAwmLk

paczki

O afrykańskim pączku…

Moje starsze dziecię nie jadało pączków. Nie jadało bo nie mogło. Z racji alergii na jaja. O ile łatwo było jej to wytłumaczyć gdy była małym dziecięciem, to z biegiem czasu coraz trudniej było ją przekonać, ze nie może. Na okrągłej twarzyczce pojawiał się rogalik do góry nogami, a z oczu bił smutek. Babcia Gosza (nasz ekspert od wypieków wszelakich – ale jednak tradycjonalistka w tej materii) mówiła, że pąki bez jaj nie wyjdą. A skoro babcia Gosza tak mówiła, to nie podejmowaliśmy prób. Ale w tym roku Myszata stanowczo stwierdziła, że pąki być muszą. Mama więc zmuszona była do przewertowanie internetów wzdłuż i wszerz. I mama znalazła (tadaaam…): MANDAZI, czyli afrykańskie ciastka w rodzaju naszych pączków, które są popularne w Kenii i Tanzanii, gdzie podaje się je na śniadanie z filiżanką kawy lub herbaty. W oryginale są w trójkątnym kształcie i bez nadzienia, ale my, na potrzeby tłustoczwartkowe, przygotowałyśmy okrągłe i z konfiturą śliwkową własnej roboty (tu). A co najważniejsze są BEZ jajek i mają lekko kokosową nutę smakową :) Pychota!

Składniki:

  • 400 g mąki orkiszowej jasnej lub pszennej (typ 500)
  • 100 g drobnego cukru trzcinowego
  • 25 ml ciepłego oleju kokosowego
  • 250 ml ciepłego mleka kokosowego
  • 30 g świeżych drożdży
  • 1 łyżka alkoholu (ja wykorzystałam rum kokosowy i zwykły),
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • szczypta soli
  • cukier puder do posypania
  • konfitura owocowa
  • olej do smażenia (rzepakowy lub ryżowy)

Przygotowanie:

Przygotuj rozczyn: w misce rozkrusz drożdże, dodaj 50 ml ciepłego mleka kokosowego, wymieszaj i dodaj 1 pełną łyżkę mąki. Wymieszaj dokładnie całość aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Przykryj ściereczką, odstaw w ciepłe, bezwietrzne miejsce do wyrośnięcia na ok. 15-30 minut.

Rozpuść olej kokosowy w niewielkim rondelku (nie może być gorący). Mąkę przesiej do miski, dodaj cukier, szczyptę soli, rozczyn z drożdży, ekstrakt wanilii, alkohol oraz pozostałe ciepłe mleko kokosowe. Wyrób ciasto i kiedy zaczyna się lepić do ręki (lub haka w maszynie) dolej ciepły olej kokosowy i ponownie wyrabiaj około 10 minut (jeśli nadal będzie się kleić dolej kolejną łyżeczkę ciepłego oleju). Wyrobione ciasto odstaw w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (ok. 1,5 h – powinno dwukrotnie podwoić swoją objętość). Porcję ciasta nabieraj łyżką, uformuj w ręku małe krążki, nałóż pół łyżeczki nadzienia, zlep, formuj pączki. Można również innym sposobem (2): ciasto rozwałkuj na grubość około 1 cm, mocno podsypując mąką, by się nie kleiło. Szklanką (kieliszkiem lub czymś innym okrągłym) wykrawaj pączki, odłóż do wyrośnięcia. Nadziewaj pączki dopiero po usmażeniu, by konfitura nie wyciekała podczas smażenia, lub (sposób 3): w rozwałkowanym na grubość ok. 1 cm cieście wykrawaj krążki. Na jeden krążek łyżeczką nakładaj konfiturę, przykryj ją drugim krążkiem ciasta, dokładnie zlep brzegi maczając palce w mące. Przygotowane pączki (czy to sposobem nr 1, 2, czy 3) odłóż na czystą ściereczkę, przykryj je drugą ściereczką i pozostaw do wyrośnięcia na ok. 15 minut. Powoli na średnim ogniu rozgrzej olej do temperatury 175°C (podobno najlepsza temperatura do smażenia pączków), delikatnie wkładaj pączki na olej i smaż ok. 2 minut z obu stron, obracając aby się równomiernie usmażyły. Usmażone pączki wyłóz na ręcznik papierowy, tak aby odsączyć je z tłuszczu. Podawaj pączki posypane cukrem pudrem.

Rozpustnego Tłustego Czwartku :)

paczki_1

1024_min

Smartszaleństwo

Jesteśmy pokoleniem smartfona. Nikt temu nie zaprzeczy. Nie mówiąc już o naszych dzieciach, które szybciej uczą się obsługiwać telefon czy tablet niż mówić. U nich jest to niejako intuicyjne. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego małego urządzenia w kieszeni. W nim mieści się centrum rozrywki i podręczne biuro. Ja sama czuję się jak bez ręki jeśli zapomnę telefonu wychodząc z domu. Na telefonie piszę i odbieram maile, korzystam z Instagrama, Facebooka i mnóstwa innych aplikacji, Jest moim podręcznym aparatem i kamerą. Dużo czasu spędzam smyrając mojego „smyrfona”. Robię to w różnych miejscach i sytuacjach i nawet wkurzam się na dzieci (i Małża) jak mi przeszkadzają. Ale do reszty nie oszalałam na jego punkcie. Mam w głowie rozsądne granice i się ich trzymam :) Są jednak tacy, którzy ich nie mają…

Niedawno jadąc samochodem usłyszałam informację o badaniach opublikowanych przez Motorollę, dotyczących właśnie smartfonów. Wyniki trochę mnie rozbawiły, a trochę przeraziły. Postanowiłam zgłębić temat i wyłożyć kawę na ławę :) A więc było to tak: ankietę przeprowadzono na grupie ponad 7 tys. osób w siedmiu krajach. Wynika z niej, że 6 użytkowników na 10 zasypia z telefonem w dłoni, a ponad połowa badanych zabiera go do toalety (może to rodzice małych dzieci, którzy tylko tam znajdują spokojne miejsce i chwilę na „pofejsowanie” :) ) Jeden na dziesięciu badanych twierdzi, że korzysta ze smarfona pod prysznicem – da się?!?!

A teraz wyniki z serii (wg. mnie) najbardziej „OMG – really”. Ponad połowa przyznała, że jeśli miałaby wybierać, to przed płomieniami uratowałaby telefon, a nie swojego kota (!). Natomiast 22% (tylko lub aż!) ankietowanych ma tak intensywną relację z telefonem, że w weekend woli zrezygnować z seksu, niż z korzystania z telefonu. 40% badanych powierza swojemu telefonowi sekrety, o których nie wiedzą nawet ich najlepsi przyjaciele.

A jak jest z Wami? Telefon ważniejszy od kota, chomika czy seksu?

negativespace2-3

 

Dyniowo – pomarańczowy tofurnik

No dobra, skoro wskoczyliśmy już w świąteczne klimaty: było już adwentowo, był zakwas buraczany, było ubieranie choinki i sposoby na zmarnowanie przedświątecznej atmosfery, to teraz czas na dobrości – słodkości. W tym roku, zamiast tradycyjnego sernika upiekę dyniowo – pomarańczowy tofurnik. Zakochałam się w jego smaku i wybitnie kojarzy mi się ze świętami (pewnie to przez te pomarańcze i cynamon). W przepisie nie ma ani mąki (nada się dla bezglutenowców), ani jaj, ani produktów mlecznych, więc jeśli jesteś weganinem, masz alergię na któryś z tych produktów, albo, po prostu masz ochotę na coś innego i nowego, na alternatywę dla tradycyjnego sernika, to ten jest idealny dla Ciebie! I jest jeszcze jedna zaleta tego ciasta: dużo łatwiej go upiec niż tradycyjny sernik z sera i jaj. Podany przepis jest na tortownicę 18 – 22 cm.

Na samym początku przygotuj sobie puree z dyni. Jak? To bardzo proste. Ja swoje przygotowałam z dyni Hokkaido: oczyściłam z pestek, umyłam, pkroiłam w mniejsze kawałki, włożyłam do gotującej się wody i gotowałam do miękkości ok. 10 – 15 minut, odcedziłam, wystudziłam i zblendowałam na puree (ze skórką). Jeżeli masz zwykłą dynię, to puree przygotuj w piekarniku: oczyść z pestek, obierz ze skórki, pokrój na mniejsze kawałki, ułóż na blaszce lub w jakimś naczyniu żaroodpornym i wstaw do piekarnika rozgrzanego do 220 stopni i piecz przez godzinę. Następnie zblenduj. Takie puree można zamrozić na późniejsze potrzeby.

Kiedy już będziesz mieć gotowe puree, przygotuj pozostałe składniki:

Spód:

  • 150 g ciastek owsianych
  • 3 łyżki masła orzechowego lub oleju kokosowego virgin (ale z masłem orzechowym jest dużo ciekawszy smak)

Składniki umieść w naczyniu blendera i zmiksuj na grube okruchy (jeśli nie masz blendera zrób to ręcznie przy pomocy drewnianej pałki i na koniec rękami wymieszaj z masłem orzechowym). Tortownicę wyłóż papierem do pieczenia i na dno wysyp pokruszony spód, przy pomocy palców tortownicę wyciśnij okruchami, a następnie odstaw do lodówki.

Masa tofurnikowa:

  • 2 kostki tofu naturalnego / 2 x 180 g
  • 1/2 szklanki puree dyniowego
  • 1/2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
  • 1 szklanka mleka kokosowego z puszki
  • 3/4 szklanki cukru pudru, syropu z agawy lub jakiejś melasy
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki imbiru
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/3 szklanki soku z cytryny
  • 1/4 szklanki soku pomarańczowego
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • szczypta soli

Wszystkie składniki poza mlekiem umieść w misce i przy pomocy ręcznego blendera zmiksuj na bardzo gładką masę – dopiero kiedy masa będzie gładka, stopniowo wlewaj mleko cały czas miksując. Piekarnik rozgrzej do 180 stopni. Przygotowaną masę wylej na schłodzony spód i piecz przez 15 minut, po tym czasie temperaturę zmniejsz do 120 stopni i piecz kolejne 55 minut. Na dno piekarnika dobrze jest wstawić małe żaroodporne naczynie z wodą, dzięki czemu wytworzy się para wodna i ciasto nie powinno popękać. Po upływie tego czasu wyłącz piekarnik, ale pozostaw tofurnik jeszcze na 20 minut w środku. Dopiero po tym czasie delikatnie wyjmij go i studź przez przynajmniej  2 – 3 godziny.

Polewa:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 1/2 szklanki mleka kokosowego
  • do obsypania: prażony sezam lub wiórki kokosowe

Rozpuść w kąpieli wodnej czekoladę i dodaj mleko. Pozostaw do ostudzenia i delikatnie polej tofurnik, obsyp posypką i zostaw w lodówce do stężenia.

tofurnik_1

5 zasad jak nie poczuć magii Świąt

„Krok po kroku, krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku idą Święta…” – jak co roku śpiewają w Trójce. Jak usłyszę tą piosenkę, to wiem, że te Święta na prawdę się zbliżają. Nie jakieś tam lastkristmasy, czy inne importowane przeboje. Musi być trójkowy karp! Aaaaa to macie do posłuchania :)

No! I jak już te Święta się zbliżają, to mamy trylion rzeczy do zrobienia. A jeśli mamy dzieci, to te dzieci mają razem z nami ten trylion rzeczy do zrobienia. W tym epicentrum świątecznych przygotowań kompletnie tracimy świątecznego ducha i zapominamy po co one są. A jak najlepiej ukatrupić tego ducha i nie pozwolić sobie i dzieciom poczuć magię Świąt? Ano tak (tylko pamiętaj, żeby powtarzać co roku):

  1. WYPUCUJ DOKŁADNIE CHAŁUPĘ. Niezależnie od tego czy masz dużą czy małą musi lśnić. Umyj wszystkie okna, powyciągaj wszystko z wszystkich szaf i szafek i zrób tam porządek, wytrzep dywany, umyj łazienkę od góry do dołu (z obowiązkowym szorowaniem fug szczoteczką do zębów!), wszystkie kurze muszą zostać odnalezione i zneutralizowane. Najlepiej zacznij tak ze 2 – 3 tygodnie przed świętami, żeby mieć na tyle dużo czasu żeby się ze wszystkim wyrobić, ale jednocześnie nie nudzić się. No i oczywiście nie może się nabałaganić przed Świętami. Pamiętaj, żeby ganiać wszystkich domowników jak tylko zbliżą się do czystej strefy, a nie daj Boże spróbują wprowadzić nieład.
  2. W ŻADNYM WYPADKU NIE WYBIERAJ SIĘ NA JAKIŚ JARMARK BOŻONARODZENIOWY. Szkoda czasu na takie pierdoły. Przecież masz jeszcze tyle do zrobienia. Aaaa… i możesz jeszcze wydać za dużo kasy jeśli małe darmozjady zechcą jakieś souveniry, albo coś smacznego do jedzenia.
  3. CHOINKA. Nie może być za wcześnie, bo przecież jeszcze nie posprzątane. Najlepiej przed samymi Świętami – w końcu wszyscy zdążą się jeszcze nią nacieszyć. Podstawowa zasada: (1) dzieciaki nie jadą kupować choinki, bo pewnie i tak wybiorą brzydką oraz (2) dzieciaki nie ubierają choinki, bo ubiorą brzydko, albo potłuką bombki.
  4. ZAKUPY I PREZENTY ZOSTAW NA OSTATNIĄ CHWILĘ. Przecioraj całą rodzinę po centrum handlowym, najlepiej w któryś z ostatnich przedświątecznych weekendów. Ale tak, żebyście nie mieli siły i poczuli nienawiść do tych wszystkich ludzi, co to nie potrafią zakupów wcześniej zaplanować. Tu uwaga, gdyż możecie ciut poczuć atmosferę świąteczną ze względu na dekoracje w sklepach i puszczane tam kolędy.
  5. CAŁĄ WIGILIĘ I ŚWIĘTA PRZYGOTUJ SAMODZIELNIE. Jeśli Wigilia jest u Ciebie i zapraszasz gości nie zgadzaj się na podział przygotowywania potraw. Tu zasada dokładnie ta sama jak przy choince: dzieci nie wpuszczaj do kuchni, nie pozwól im pomagać choćby w drobnych rzeczach – na pewno coś zepsują.

No i jak już przejdziesz przez te 5 kroków i zaczną się Święta, padniesz bez sił na twarz (byle nie w barszcz, bo obrus nie do doprania), a Twoje dzieci zapamiętają ten czas jako ciągłą gonitwę, same obowiązki, a Ciebie w nerwach.

A jak jest u nas? Chałupa po japońsku (jako – tako) ogarnięta. Niestety okna nieumyte, bo nie chcę się przeziębić i zwyczajnie mi się nie chce – umyję jak będę mieć natchnienie, a na razie jeszcze widać przez nie świat. Łazienki, podłogi i kurze staram się omiatać na bieżąco. Spiżarnię i szafy doczekały się porząskowania niedawno, więc jeśli zdążył wkraść się tam chaos, to trudno. Pewnie przydało by się ogóle gruntowne sprzątanie, ale póki co musi być jak jest. Jarmark odwiedziliśmy, nawet dwa razy :) Nie miałam problemu z tym, że musieliśmy stać pół godziny w kolejce, bo Miśka koniecznie chciała kołacza, który bardzo jej zasmakował. Widzieliśmy Mikołaja (podobno prawdziwego) i wrocławską choinkę i renifery: sztuczne i takie prawdziwe też. W domu choinka stoi, wybrana i ubrana przez Miśkę. Co z tego, że trochę krzywa i takie same bombki wiszą obok siebie! Chociaż w tym roku, dzięki Poli, mamy bardzo dynamiczną choinkę i codziennie wygląda ona trochę inaczej :) Misiek zrobił też stroik, przy co skończyło się ogromnym bałaganem, tuż po sprzątaniu. I stroikiem też :) Prezenty zaczęliśmy kompletować już w listopadzie i większość przez internet, więc ominęła nas szaleńcza bieganina w poszukiwaniu czegoś dla kogoś. Jeśli chodzi o przygotowania wigilijne, to one omijają mnie w dużej mierze, bo jak zwykle jedziemy do rodziców. Przejmujemy od mamy część kuchennych obowiązków, ale Ona jest z gatunku tych, co nie odpuszczają, bo „na Święta musi być…, trzeba zrobić…”, itp., czekają nas pewnie ostatnie zakupy (ale zorganizujemy je z rańca, z listą i bez dzieci, więc pójdzie szybko) i ostatnie porządki. Poczyniłyśmy też z Misią próby generalne smakowitości, które zrobimy na Wigilię i Święta.

Kto powiedział, że na Święta coś trzeba? Że coś się stanie jak będzie trochę kurzu i brudne okno? Albo jeśli na stole znajdzie się o 1 czy 2 potrawy mniej niż nakazuje tradycja? To siedzi w naszych głowach! Nie dajmy się zwariować! Wolniej, bez „spinki”, cieszmy się z tego czasu przed Świętami i pozwólmy cieszyć się nim dzieciom.

kuchareczka

stroik_1

stroik

choinka

choinka_pola_4

choinka_pola_3

choinka_pola_1

Misiek_renifer

Zakwas buraczany – nie tylko od Święta

Święta zbliżają się wielkim krokami. Chyba w każdym domu zaczęły się już przygotowania. Sprzątanie, zakupy, pierniki i pierniczki. Im bliżej do świąt, tym więcej do zrobienia. My też już żyjemy świętami. Chociaż nie spędzamy ich w domu, bo jedziemy do rodziców, to chcieliśmy już teraz mieć świąteczny nastrój. Mamy choinkę, poczyniliśmy już próby generalne wypieków, prezenty już prawie skompletowane.

A jeśli chodzi o wigilijne potrawy, to dzwoni już ostatni dzwonek na nastawienie naturalnego zakwasu buraczanego, potrzebnego do przygotowania zdrowego i pysznego wigilijnego barszczu. A czemu barszcz na zakwasie jest lepszy? Bo jest zdrowszy. Nie od dziś wiadomo, że w kiszonkach siła. I trzeba rozróżniać produkty kiszone od kwaszonych. Chociaż, de facto, nazwa kiszony i kwaszony to to samo, ale, niestety, pod nazwą kwaszony kryje się produkt „oszukany”. Proces kiszenia to rozkład cukrów prostych na kwas mlekowy (1%-1,5%) przy użyciu bakterii kwasu mlekowego. Wówczas zostaje obniżone pH środowiska kiszonki do ok 4,0, co powoduje unieczynnienie mikroflory gnilnej. Natomiast „kwaszenie” odbywa się pomocy octu i z tego powodu w takich produktach brak jest tych wszystkich wartości, które mają prawdziwe kiszone (kwaszone) produkty. Co więcej, mogą one powodować podrażnienie układu pokarmowego.

Prawdziwe kiszone produkty to naturalne źródło witaminy C wzmacniającej cały organizm oraz „dotleniających” witamin z grupy B, ponadto zawierają witaminę E, a także minerały tj. wapń, magnez, żelazo, potas, a także związki siarki organicznej, która wraz z witaminą E poprawia wygląd naszej skóry, włosów i paznokci. Obecne są tu również naturalne przeciwutleniacze – karotenoidy i polifenole. Kiszonki mają bardzo korzystną florę bakteryjną, która wpływa stymulująco na system odpornościowy organizmu. W ten sposób kiszonki oczyszczają nasze jelita, a dzięki temu mogą one przyswoić więcej witamin i minerałów z pożywienia, jak również pomagają w przywracaniu równowagi kwasowo – zasadowej.

Skoro już wiemy, jakie korzyści przynoszą nam kiszonki, czas przygotować swoje kiszone buraczki, które przydadzą się do wigilijnego barszczu, jak również na co dzień, dla zdrowotności :)

Będziemy potrzebować:

  • 1 kg buraków (obranych i pokrojonych w ósemki),
  • 1 jabłko (obrane i pokrojone w kostkę),
  • gorąca woda, posolona (tyle, żeby przykryła wszystkie składniki),
  • 3 ząbki czosnku (w łupinkach, rozgniecione),
  • przyprawy (ja użyłam: 1 laskę cynamonu, 3 liście laurowe, ok. 1/2 łyżeczki ziaren kolendry, 4 goździki, 5 ziaren ziela angielskiego, pieprz)’
  • kawałek prawdziwego chleba na zakwasie (opcjonalnie; ma to na celu zapoczątkowanie procesu fermentacji).

zakwas

Do słoja (2,2 l) wrzucamy pokrojone buraki, jabłko, czosnek, , chleb (jeśli macie), przyprawy i wszystko zalewamy wodą (gorącą, posoloną, ale nie wrzącą). Przykrywamy (ale nie szczelnie) i odstawiamy w ciepłe miejsce. Po jednym – dwóch dniach wyciągamy chleb i ponownie odstawiamy w ciepłe miejsce. Pamiętajcie, że wszystkie składniki muszą znajdować się pod wodą, że by nie zaczęły pleśnieć. Zakwas zostawiamy w spokoju na 7 dni, ale co jakieś 2 – 3 dni mieszamy go przy pomocy drewnianej łyżki. Gotowy zakwas przelewamy przez sitko do butelek i trzymamy w lodówce. Buraczki można również zjeść :)

zakwas_1

Visit Us On FacebookVisit Us On TwitterVisit Us On Google PlusVisit Us On Pinterest