Chillout-owa sobota

Lubię jesień. Ale tą bez ciapy – chlapy, wiatru głowo – urywacza i szaro – burości. Tę jesień kiedy jeszcze lekko przygrzewa Słońce (ono ma taki inny kolor, taki ciepły), a wiaterek jest jeszcze przyjemny. Kiedy powietrze pachnie tak specyficznie, pachnie hmmm… jesienią. No i te kolory. A u nas dawno nie było tak spokojnie, bez spinki, bez zabiegania, bez tego „MUSZĘ zrobić to, to i to”. Nawet nikt za płotem nie łaził :) Pogoda w zasadzie dopisała, Słońce też prześwitywało czasami. Cały dzień spędziliśmy w ogrodzie. Małż próbował się za coś zabrać (miała zostać zlikwidowana stara piaskownica i powstać nowa), ale podłoże nie chciało z nim współpracować i ostatecznie skończyło się tylko na rozbiórce. Generalnie dzień zszedł na szwendaniu się, polegiwaniu, spacerach i nic nie robieniu. A na koniec odbyło się pieczenie kiełbachy. I to ja rozumiem…

DSC_0562

DSC_0566

DSC_0568

DSC_0580

DSC_0582

DSC_0596

DSC_0599

DSC_0608

DSC_0610

DSC_0616

DSC_0622

DSC_0628

DSC_0630

DSC_0564

DSC_0634

DSC_0626

A nie… Powstało jeszcze coś. Cały kocioł konfitury śliwkowej. Robionej na ognichu, więc pachnącej dymem. Mmmm… Mniam, mniam.

DSC_0559

DSC_0600

7,5 kg dojrzałych węgierek (z dodatkiem jednego jabłka na każdy kilogram) przerobionych zostało na konfiturę. Pyrkało to sobie nad ogniskiem przez jakieś 5 – 6 godzin. A wyszło miód – malina! Jeśli nie macie możliwości „użycia” ogniska, to równie pyszne konfitury wyjdą przy użyciu garnka i kuchenki (no może będzie trochę brakowało tego aromatu dymkowego). Na zimę jak znalazł!

DSC_0602

DSC_0604

DSC_0605