Rodzicem być – tylko kiedy?

Internet wrze po ostatniej kampanii Fundacji Mamy i Taty pt. „Nie odkładaj macierzyństwa na potem!”. Filmik, który promuje tą kampanię w skrócie wygląda tak: dobrze ubrana Pani w wieku około 35+ rozgląda się po swoim pięknym, świetnie urządzonym apartamencie (pewnie jakiś architekt maczał w tym palce). Jest bardzo szczęśliwa – chyba podoba jej się to co widzi. Wygląda do ogrodu i…mina jej rzednie. Ogród jest pusty, nikt w nim nie biega.
Dodatkowo kampania „zaopatrzona”  w stosowny billboard:

poziom-300x150

Na potrzeby kampanii przeprowadzono również badania na pewnej „próbce” Polaków. Wnioski są takie, że decyzje o macierzyństwie zapadają dziś coraz później. Statystyczna Polka rodzi pierwsze dziecko w wieku przeszło 27 lat (o! wpisałam się równo w statystykę 😉 ). A kiedy ma rodzić, jak wcześniej studiuje a potem szuka pracy?!? Czy jest w tym coś złego, że chce osiągnąć jaką – taką stabilizację finansową, żeby mieć co do garnka włożyć i za co kupić pieluchy?!? Nie te czasy kiedy to dzieci leżały na słomianych matach i były podcierane kawałkiem prześcieradła, na którym to leżały, a które następnie było podwijane i czekało na dalsze użycie (takie mrożące krew w żyłach historie parentingowe opowiadała mi moja babcia).

A i partnera właściwego czasem brak. Czasem pojawia się późno, to i macierzyństwo jest późne. Ale co to w ogóle znaczy „późne macierzyństwo”? Czy kobieta, która ma 35 lat jest stara? Czy jej ciało jest już stare i nie podoła zadaniu, jakim jest noszenie i karmienie dziecka przez 9 miesięcy? Nie wydaje mi się! Ludzie żyją coraz dłużej, więc wszystkie granice w naszym życiu przesuwają się. Jasne, że im jesteśmy starsi tym mamy mniej siły i wytrzymałości. Ale bez przesady. Moja przyjaciółka w zeszłym roku skończyła 37 lat i urodziła zdrowe, śliczne dzieciątko (co prawda nie pierwsze tylko trzecie, ale też się liczy) Nie widzę po niej, żeby była jakoś szalenie zmęczona, czy chociażby bardziej niż ja. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że synuś dodał jej wigoru i „odmłodniała”. Oczywiście po przekroczeniu pewnego wieku należało by się zastanowić nad celowością rodzenia dzieci (zwłaszcza jeśli chodzi o świadome podejmowanie tej decyzji – kwestia tzw. „wpadki” nie podlega w ogóle ocenie). Ale nie ze względu na siebie, tylko właśnie na to maleństwo, które ma przyjść na świat. Trzeba się zastanowić, czy podejmując decyzję o bardzo późnym macierzyństwie (hmmm.. powiedzmy po przekroczeniu 40-stki – zwłaszcza jeśli jest to pierwsze dziecko) nie obarczamy tego dziecka zbyt dużym „ciężarem” na przyszłość. Bo kiedy ono wejdzie w dorosłe życie i będzie miało pod opieką swoje dzieci (często jeszcze małe) może być zmuszone do opieki również nad rodzicami. No i wnuki mogą nie mieć szansy na poznanie dziadków. Dodatkowo dochodzi kwestia ryzyka wad wrodzonych jakimi obarczone są późne ciąże.

Posiadanie dzieci, nie ma co ukrywać, ogranicza pewne możliwości i przyjemności. Nie można wyskoczyć sobie z mężem na spontaniczną randkę, pojechać na romantyczny wyjazd kiedy i gdzie się chce. Wszystko musi być zaplanowane, a wycieczki i wakacje ustawione pod dzieci, żeby się nie nudziły. Kiedy stajemy się rodzicami nasz świat zmienia się o 180 stopni, staje na głowie, przestajemy myśleć „mogę”, a nasze życie zaczyna determinować „muszę”. Ale czy mimo wszystko warto? Moim zdaniem jak najbardziej! Moje córki są obie zaplanowane, wyczekane, kochane. Pierwsza pojawiła się 3 lata po ślubie, więc mieliśmy z Małżem czas żeby „pożyć”. Pewnie gdybyśmy nie mieli dzieci, to nasze konto byłoby pełniejsze (bo dzieci to skarbonka bez dna), zwiedzilibyśmy kilka ciekawych miejsc, o których marzymy (jeszcze nic straconego), moglibyśmy włóczyć się wieczorami po fajnych knajpkach, hipsterskich eventach, randkować i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy. A tymczasem znowu nie przesypiamy całych nocy, kino lub randkę zaliczamy tylko jak przyjeżdżają do nas rodzice i cierpimy na chroniczny brak czasu. Nie wspominając już o egoistycznej potrzebie usiądnięcia z kubkiem kawy i mienia wszystkiego w dupie (przy dzieciach to raczej niemożliwe). Na szczęście na horyzoncie majaczy nam perspektywa powrotu tych przyziemnych przyjemności, bo z biegiem czasu życie wraca do normy. Ale z drugiej strony dostaliśmy bezkresne morze bezinteresownej miłości, która rekompensuje wszystkie „straty”, a żadnej chwili spędzonej z moimi dziećmi nie zamieniłabym na możliwość bycia „wolną”. Dzieci ograniczają swobodę, ale nie wykluczają korzystania z życia.

A co z osobami, które nie chcą mieć dzieci w ogóle, nie czują tego instynktu? Czy powinny na siłę decydować się na posiadanie dzieci tylko dlatego, że powszechnie obowiązuje kanon idealnej rodziny 2+2 (najlepiej gdyby była to parka, wtedy rzekomo jest pełnia szczęścia)? Na dwoje babka wróżyła: instynkt może się pojawić wraz z pierwszym przytuleniem małego człowieka, albo może się nie pojawić w ogóle. I wtedy będziemy mieć nieszczęśliwą mamę i, co najgorsze, nieszczęśliwe dziecko. Może też być taka sytuacja, że instynkt się pojawi, ale bardzo późno i może to być za późno…Decyzja jest bardzo trudna i każdy musi zmierzyć się z tym problemem sam, tzn. z Małżem lub partnerem i nic nam do tego!